Podziel się Wykop Zaćwierkaj

W siódmym niebie

O fotografii, która daje radość, opuszczonych budynkach więziennych i patrzeniu sobie w oczy opowiada Arek Dziki, prezes Fundacji Via Art

Tekst: Ola Rzążewska

Byłam dzisiaj w PIOTRKOWSKA OFF w Łodzi, żeby zobaczyć miejsce, w którym robisz warsztaty. Ciekawa jestem, czemu założyłeś fundację?
To dosyć prosta historia. Jakiś czas temu w moim życiu pojawiła się fotografia, dała mi szansę wyrażania siebie, rozwoju. Długo nie miałem znikąd pomocy, brakowało mi miejsca, w którym mógłbym się czegoś nauczyć, kogoś podpytać, poszukać inspiracji. Kursy i szkolenia były bardzo drogie, nieosiągalne dla amatora, jakim wtedy byłem. Nie znalazłem organizacji, która oferowałaby pomoc osobom, które nie zamierzają żyć z fotografii, ale chcą się rozwijać, bo fotografowanie daje im radość. I tak powstał pomysł na fundację, a zaraz potem ona sama. Początkowo postawiliśmy na warsztaty, które nazwałem „solidnymi podstawami fotografii”. To zajęcia dla tych, którzy wczoraj kupili aparat i są przerażeni – tak jak ja byłem przerażony, gdy pierwszy raz wziąłem swój aparat do ręki.

Kiedy go kupiłeś?
8 lat temu.

Mieliście chętnych na te warsztaty?
Oczywiście. Okazało się też, że są osoby, które chcą nam pomagać, niektóre zostały z nami do dziś. Założyliśmy, że będziemy robić fajne warsztaty i dawać ludziom szansę poznawania sprzętu. Uczestnicy naszych zajęć mogli więc wypożyczyć np. obiektyw Tamrona, często wart kilka tysięcy złotych, iść w miasto, popstrykać, wrócić i rozmawiać o zdjęciach. To była pierwsza taka akcja w Łodzi. Potem nawiązaliśmy współpracę z restauracją Drukarnia Skład Wina i Chleba i ruszyły warsztaty fotografii kulinarnej, do których podchodziłem początkowo bardzo sceptycznie.

Dlaczego? Przecież ludzie uwielbiają gotować, wciąż powstają nowe blogi kulinarne, na których dobre zdjęcia są kluczowe!
Bo póki nie trafiliśmy do Drukarni w przestrzeni OFF Piotrkowska, bałem się, że nie znajdziemy takiego miejsca. Ogromne okna, mnóstwo światła, piękne wnętrza – marzenie! By wziąć udział w pierwszej edycji warsztatów, trzeba było wpłacić 50 zł jako darowiznę dla fundacji. Zajęcia trwały 3 godziny, a restauracja podawała talerze z pięknymi daniami, które fotografowaliśmy. Potem postanowiliśmy, że spotkania będą darmowe, by każdy mógł wziąć w nich udział. Od razu przyszło 80 zgłoszeń, a mieliśmy tylko 10 miejsc.

I jak sobie radzicie z nadmiarem chętnych?
Organizujemy konkurs – prosimy zgłaszających się, by odpowiedzieli na pytanie, dlaczego to akurat ich mamy zaprosić na warsztaty. Ludzie piszą wiersze, układają piosenki, wysyłają filmy, robią zdjęcia, opowiadają historie swojego życia. Od 2,5 roku co miesiąc robimy warsztaty w Łodzi, niedawno ruszyliśmy też z edycją poznańską. Zajęcia prowadzi Dominika Bieniek-Gierszewska, absolwentka fotografii na łódzkiej ASP, która ma świetne wyczucie stylu. Chcemy, by amatorzy mogli zobaczyć, jak pracują zawodowcy i by uczestnicy zajęć dostawali coś na miarę swoich potrzeb i nie byli skazani na szkolenia dla profesjonalistów, które są bardzo kosztowne. Jeśli ktoś skończył fotografię na ASP czy w Filmówce, to raczej nie znajdzie u nas nic ciekawego dla siebie, może poza plenerami, które robimy w miejscach nie dla wszystkich dostępnych. Mamy już kilka takich na koncie. Chcemy pokazać amatorom, że aby robić dobre fotografie nie trzeba profesjonalnego studia, ale przede wszystkim kreatywności i świadomości tego, co się robi.

Słyszałam, że zorganizowaliście plener w więzieniu.
Dużo osób o to pyta, a to naprawdę było proste. Więzienie w Łęczycy jest nieczynne od dawna, wystarczy dogadać się z Urzędem Miasta i można fotografować tę przestrzeń. Przyszło 100 osób ciekawych tego doświadczenia. Dużo trudniejsze było załatwienie, byśmy mogli sami być w hali sportowej Atlas Arena i swobodnie ją fotografować.

Pewnie też pojawiło się dużo osób?
Właśnie mało, około 30. Padał deszcz, a ludzie wtedy lubią siedzieć w domu i nieważne, czy robimy spotkanie pod dachem czy nie. A przecież pusta hala sportowa to fotograficznie świetna przestrzeń. Podobnie dobrze wspominam plener w jednostce straży pożarnej – mogliśmy fotografować wozy, cały sprzęt, a do tego mieliśmy profesjonalną makijażystkę i 5 wystylizowanych modelek, które pozowały do zdjęć.

Opowiadasz o tym z błyskiem w oku – który plener najbardziej Ci się podobał?
Na pewno najbardziej cieszę się z dwóch plenerów na terenie lotniska Lublinek i w hangarach samolotowych. Po raz pierwszy w historii łódzkie lotnisko i aeroklub zgodziły się, żeby zwykli ludzie robili tam zdjęcia. Mogliśmy wyciągnąć z hangarów awionetki i ustawiać je tak, jak chcieliśmy. Towarzyszyły nam modelki, które pozowały do zdjęć, uczestnicy byli w siódmym niebie. Podczas finału pierwszego pleneru każdy uczestnik wsiadał z aparatem do szybowca i robił kółko nad Łodzią.

Ile kosztowały takie warsztaty?
Aby wziąć w nich udział, chętni robili darowiznę na fundację w kwocie 200 zł. Większość tych pieniędzy trafiło do aeroklubu, by pokryć jego koszty. To był na pewno nasz najdroższy plener, zazwyczaj koszt udziału to 100 zł. Robiliśmy też plenery w stadninie koni, fotografowaliśmy stadiony ŁKS-u i Widzewa.

Ilu macie stałych sympatyków?
Około 30 osób jest z nami prawie zawsze i wszędzie, ale bardzo dużo ludzi znam już z widzenia i spotykam co jakiś czas na kolejnych wydarzeniach. A na naszym profilu na Facebooku jest już ponad 2 tys. osób, które się interesują tym, co robimy.

A zderzyliście się już z niechęcią?
Oczywiście. Robiliśmy dwudniowe warsztaty w schronisku dla bezdomnych Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Prowadził je Czarek Pecold, znany łódzki fotograf, który pracuje od jakichś 20 lat. Chcieliśmy pokazać uczestnikom, że robienie portretu to nie jest spotkanie z modelką w studiu, ale że najważniejszy jest kontakt z fotografowanym, rozmowa, empatia, budowanie zaufania. A jednak po warsztatach na Facebooku pojawiły się posty, że to nieetyczne, że nie powinno się uczyć fotografii i kadrowania w takim miejscu. A przecież uczestnicy warsztatów nie uczyli się tam robienia zdjęć w sensie technicznym, tylko kontaktu z fotografowanym, szacunku do niego.

Jak to wyglądało w praktyce?
Pierwszego dnia poznawaliśmy się nawzajem i robiliśmy zdjęcia, a drugiego spotkaliśmy się u Czarka w studiu i je omawialiśmy. Każdy pokazywał fotografie i opowiadał historię swojego bohatera, mówił o czym rozmawiali, czego się o nim dowiedział. Ludzie przyznawali, że po tych warsztatach zupełnie inaczej podchodzą do robienia portretów. Nauczyli się pokory i empatii. Wiele portretowanych osób dostało zdjęcia, wysłaliśmy do Towarzystwa linki do albumów, które powstały po warsztatach. I wtedy uważałem, i dziś uważam, że nie zrobiliśmy niczego niewłaściwego, żadna granica nie została przekroczona, a tamto spotkanie dało mnóstwo dobrej energii zarówno mieszkańcom schroniska, jak i fotografującym. Panowie mieszkający w schronisku oprowadzali nas po całym ośrodku, opowiadali co gotują, jak spędzają czas. Była ciepła, miła atmosfera.

Czego Twoim zdaniem można się było nauczyć podczas tych warsztatów?
Szacunku do osoby, którą się fotografuje i tego, że zdjęcie dokumentalne, portretowe czy nawet streetowe powinno się robić z czystym sumieniem, z bliska, patrząc komuś prosto w oczy, a nie gdzieś z zaułka, z myślą, że może się uda. Pamiętam, że na pierwszych warsztatach z fotografii ulicznej kilka osób zapytało, czy potrzebne będą długie obiektywy. Myśleli, że będzie można stać z takim obiektywem po drugiej stronie ulicy, by nikt nie widział, że polujemy na ciekawe kadry i strzelamy fotki. A przecież nie o to chodzi! Mówiłem wtedy: „Musisz wziąć najkrótszy obiektyw, jaki masz, bo będziesz stać przy fotografowanej osobie, spojrzysz jej w oczy i zapytasz, czy możesz zrobić zdjęcie”. To jest najtrudniejsze i tego właśnie chcemy uczyć.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn