Podziel się Wykop Zaćwierkaj

W dobrym sąsiedztwie

O tym, dlaczego warto wiedzieć, kto mieszka za ścianą, jak zupełnie bez pieniędzy zorganizować fajną imprezę i kto nam pomoże wymienić żarówkę, opowiada Agata Konarzewska ze Stowarzyszenia Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL

Tekst: Anna Błaszkiewicz

Kiedyś można było pójść do sąsiada i pożyczyć szklankę cukru albo zostawić mu klucze i poprosić, żeby podlewał nam kwiaty, gdy wyjedziemy na urlop. A teraz?
Często mamy wyidealizowany obraz przeszłości, wydaje się nam, że wtedy wszyscy się znali i bez przerwy sobie pożyczali ten cukier w szklankach. Prawda jest taka, że wiele się nie zmieniło. Niektórzy sąsiedzi byli i są otwarci, nastawieni na współpracę, a inni – trudni w codziennym kontakcie. Ale wcześniej na więzi sąsiedzkie nie zwracano specjalnej uwagi. Dopiero teraz, gdy modna stała się aktywność lokalna, zaczęliśmy myśleć o tym, że warto polepszać relacje z osobami, z którymi mieszkamy na jednym osiedlu, w tym samym bloku czy w jednej kamienicy.

A dlaczego warto to robić?
Po pierwsze, jeśli znamy ludzi, którzy mieszkają za ścianą, czujemy się trochę bezpieczniej, niż wtedy, gdy panuje totalna anonimowość. Ważna jest też atmosfera – to po prostu miłe, gdy ktoś mówi nam w windzie „dzień dobry”. Można chwilę pogadać, poczuć czyjąś życzliwość. Ale potem wchodzimy na kolejny szczebel. Jeśli sobie trochę bardziej ufamy, trochę się lubimy, to nie będzie nam głupio poprosić sąsiada o drobną przysługę, np. wniesienie zakupów czy wymianę żarówki. Nie ma przecież sensu, żeby wzywać do każdej takiej sprawy fachowca albo ściągać rodzinę z drugiego końca miasta. Na jeszcze wyższym poziomie to poczucie wspólnoty i zaufanie przekładają się na postawy obywatelskie. Zaczynamy dostrzegać, że warto zadbać o dobro wspólne, a nasza przestrzeń nie kończy się na drzwiach mieszkania, bo za nimi jest jeszcze korytarz, klatka schodowa, chodnik, podwórko, ulica.

Wtedy łatwiej radzimy sobie z problemami pojawiającymi się w naszym otoczeniu?
Tak, bo przestajemy oczekiwać, że same się rozwiążą. Zamiast myśleć: „Niech ktoś wymieni ławkę!”, zastanawiamy się, co sami możemy w tej sprawie zrobić. To uczy partycypowania – to takie modne ostatnio słowo – czyli uczestniczenia w życiu swojej wspólnoty lokalnej. Być może, kiedy naprawimy razem tę ławkę, a potem pojawi się kolejny, naprawdę poważny problem, np. duży deweloper będzie chciał na naszym ukochanym skwerku zbudować wieżowiec, to zintegrowanej wspólnocie sąsiedzkiej łatwiej będzie się zmobilizować do działania i przeciwstawić takiemu pomysłowi. W ten sposób odradza się społeczeństwo obywatelskie. Jestem głęboko przekonana, że oddolne inicjatywy, bazujące na relacjach sąsiedzkich, są jego spoiwem.

Jak organizacja, w której działasz, pomaga wspólnotom sąsiedzkim?
Ludzie związani ze Stowarzyszeniem Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL zainicjowali myślenie o zmianie i rozwoju sąsiedzkości w Warszawie, co przerodziło się w cykl warsztatów Akademii Inicjatyw Sąsiedzkich, a potem w inicjatywę Q-Ruch Sąsiedzki. To „Q” ma oznaczać najwyższą jakość relacji międzyludzkich, budowanie więzi opartych na zaufaniu. My niczego nikomu nie narzucamy, staramy się natomiast upowszechniać dobre praktyki. Jeśli gdzieś coś się sąsiadom udało, pokazujemy to innym i podpowiadamy, w jaki sposób mogą zrealizować podobne działania u siebie. Bo są uniwersalne metody, dzięki którym łatwiej zacząć, np. na początku zawsze warto przeprowadzić diagnozę lokalną, czyli ustalić, jakie są potrzeby i oczekiwania innych członków społeczności, co kto umie robić, czym może i chce się dzielić. Nigdy nie jest tak, że to my gdzieś wkraczamy, organizujemy imprezę integracyjną i po sprawie. Chodzi o to, że ludzie, którzy się samoorganizują, zaczynają wierzyć, że oni, zwykli mieszkańcy, mają wpływ na to, co się wokół nich dzieje.

Ile takich wspólnot działa w Warszawie?
Trudno policzyć, bo ruch sąsiedzki jest nieformalny. Ale dwa razy w roku odbywają się większe akcje – w maju to Dzień Sąsiada, a w grudniu Podwórkowa Gwiazdka. Wtedy dostajemy informacje o wielu imprezach, bo ich inicjatorzy proszą nas o wsparcie albo chcą się pochwalić, co udało się zrobić. Wiemy więc, że w tym roku odbyły się w Warszawie co najmniej 73 Dni Sąsiada. Kiedy zaczynaliśmy w 2009 r. w taki sposób działało tylko pięć sąsiedztw, wszystkie na Ochocie, w 2010 r. było ich już 15, w 2011 r. – 29, a w 2014 r. – 57. W każdej takiej inicjatywie bierze udział od kilkunastu do nawet kilkuset osób, które się angażują, a nie tylko przychodzą na gotowe.

Co dzieje się na takich sąsiedzkich imprezach?
Najczęściej to spotkania integracyjne, na których można się lepiej poznać. Bardzo popularne są grille. Zwykle jest wspólny stół, jedzenie oczywiście przynoszą mieszkańcy. Często odbywa się też jakiś kiermasz albo konkurs na najlepsze ciasto. Czasem się okazuje, że np. któryś z sąsiadów jest muzykiem i może zorganizować koncert swojej kapeli, ktoś inny ma talent plastyczny i chce poprowadzić warsztaty streetartu. W jednym miejscu sprawdzają się planszówki, w innym integracyjne gry i zabawy dla młodszych i starszych. W czasie Podwórkowej Gwiazdki ubiera się razem choinkę, robi świąteczne ozdoby, składa sąsiadom życzenia. To wszystko wydaje się mało spektakularne, ale żeby się udało, trzeba wcześniej ze sobą porozmawiać. Wtedy się okazuje, że – bazując na własnych zasobach – można zrobić fajną imprezę, zupełnie bezkosztowo.

Czy wśród sąsiadów zawsze musi być jakiś lider, który to wszystko spina?
Lider kojarzy się z charyzmatycznym przywódcą, który ma jakąś wizję i narzuca ją innym. Wolimy więc mówić o animatorze, który potrafi zachęcać innych do angażowania się. Wcale nie trzeba mieć natury przywódczej, by coś fajnego zainicjować. Ale też nic nie zadzieje się samo. Do nas zgłaszają się zwykli mieszkańcy, którzy chcą poznać sąsiadów i coś zrobić w swojej okolicy. My pokazujemy im ścieżki, którymi mogą pójść.

Kim są te osoby?
Największa grupa to młode mamy. One są wyjątkowo aktywne, dużo przebywają też we wspólnej przestrzeni, więc widzą, że ławka jest połamana, huśtawka popsuta, a trawnik wygląda fatalnie. Zgłaszają się też do nas osoby, które przeprowadzają się z jednej dzielnicy do drugiej albo przyjechały do Warszawy z innej części Polski. Trafiają w nowe środowisko i chcą się w nim w jakiś sposób zakorzenić. Ale w sąsiedzkie inicjatywy angażują się też ludzie, którzy są po prostu aktywni na różnych polach, a nawiązywanie kontaktu z innymi jest dla nich rzeczą naturalną. Są i seniorzy, i studenci. Ruch sąsiedzki rozwija się wszędzie – na nowych osiedlach, także grodzonych, w starych kamienicach, blokach, skupiskach domków jednorodzinnych.

Te sąsiedzkie inicjatywy zawsze się udają?
Nie zawsze. Czasem powody są prozaiczne – np. komitet organizacyjny nie przyłożył się do poinformowania sąsiadów o imprezie, a umieszczenie informacji na Facebooku nie wystarczyło. Ponieważ wszystko bazuje na pewnej spontaniczności i nieformalnej sieci współpracy, więc – jak to w życiu – zdarza się, że ktoś nawali, ktoś o czymś zapomni. Często osoba, która jest inicjatorem całego przedsięwzięcia, ma bardzo duże oczekiwania i czuje zawód, gdy przyjedzie zaledwie kilka osób. Ale przecież nawet jak pojawi się tylko jeden sąsiad, z którym porozmawiamy, poznamy się, nawiążemy współpracę, to takie spotkanie będzie mieć ogromną wartość. Nie liczy się ilość, a jakość.

Często jednak ludzie, którzy mieszkali na wsi albo w małym miasteczku, kiedy przyjeżdżają do dużego miasta, myślą: „Nie po to wyprowadziłem się z miejsca, w którym każdy o każdym wszystko wiedział, żeby teraz znów trafiać pod skrzydła sąsiadów. Zaraz ktoś zacznie zaglądać mi do garnka”.
Są dwie skrajności. Istnieją małe grupy, w których wszyscy się bardzo dobrze znają i obowiązuje bardzo silna kontrola społeczna. Ale w wielkim mieście możemy mieć też do czynienia z sytuacją pełnej anonimowości i braku jakichkolwiek więzi. Gdzieś pośrodku jest miejsce dla społeczności, której członkowie coś o sobie wiedzą, są dla siebie życzliwi, prowadzą ze sobą dialog, dążą do porozumienia, pomagają sobie, dostrzegają wagę dobra wspólnego i dbają o otaczająca ich przestrzeń, a jednocześnie szanują swoją prywatność. Podczas spotkań Akademii Inicjatyw Sąsiedzkich zawsze podkreślamy, jak ważne jest zrozumienie, że nie każdy musi się chcieć integrować i zapraszać sąsiadów do domu na kawę. Nic na siłę.

Ale dużo sąsiedzkich inicjatyw to początek budowania trwalszych relacji.
Zaczyna się zwykle od jakiejś niedużej akcji, np. od pikniku, a potem można razem zrobić coś większego, np. zdobyć pieniądze z miejskiego budżetu i ładnie zagospodarować skwer, sadząc kwiaty. Sąsiadom z Ursynowa udało się w ten sposób zorganizować lokalną kampanię społeczną dotyczącą sprzątania po psach, bo tam był to naprawdę duży problem. Z kolei mieszkańcy jednego z wolskich osiedli przeciwstawili się planom zagospodarowania przestrzennego ich okolicy – poszli na radę miasta z petycją, transparentami. I udało im się wywalczyć to, co chcieli. Jedna osoba nie miałaby takiej siły przebicia, a razem można więcej.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn