Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Takie to są historie

O setce wolontariuszy, prawdziwym Pałacu i towarzyszeniu dzieciom, które odchodzą, opowiada Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, prezeska Fundacji Gajusz

Rozmawiała: Ola Rzążewska

Rozmawiamy w Pałacu – Stacjonarnym Hospicjum dla Dzieci. Skąd pomysł, by tak nazwać to miejsce?
Gdy już wiedzieliśmy, że tworzymy hospicjum dla osieroconych dzieci, to jedna z naszych koleżanek powiedziała, że wszystko tu jest kwintesencją największej tragedii i trzeba to jakoś odczarować, zwrócić uwagę na to, co w tej inicjatywie jest dobrego. Chcemy przecież poprawić jakość życia odchodzących dzieci i nieważne, ile ich życie będzie trwało, trzeba zrobić wszystko, by było możliwie piękne. One nie będą mieć dzieciństwa, nie dożyją dorosłości, więc trzeba się skoncentrować na tym, by wszystko, czego teraz doświadczą, było jak najlepsze. I wtedy pojawił się pomysł, by hospicjum nazwać Pałacem. Spodobało mi się.

Na czym polega „pałacowość” tego miejsca?
Włożyliśmy w to mnóstwo wysiłku, np. te śmieszne lamperie na ścianach zostały narysowane przy użyciu talerzy, na sufitach są stiuki, wykładziny na korytarzach mają bordiury. Wiele zabawek i poduszek zostało uszytych specjalnie dla dzieci. Wszędzie są piękne, wysmakowane meble. W ramach akcji „Design z Sercem” dostaliśmy też od wielu osób naprawdę drogie grafiki, które teraz zdobią nasze ściany. Jak myślę o pokojach moich własnych dzieci, to wiem, że w życiu nie kupiłabym aż tak drogich rzeczy, bo byłoby to nieco pretensjonalne. Ale tu wszystko jest inaczej.

Dlaczego chcesz, żeby tu nie było tak, jak w zwykłym szpitalu, ale po prostu ładnie?
Bo nasze dzieci zasługują na to, co najlepsze, a czego w ich życiu zabrakło. My próbujemy jakoś te braki wypełnić. Myślę, że są w stanie zobaczyć, jak ładne są ich zabawki, czują, że pościel i kocyki są miłe w dotyku i kolorowe. To zresztą działa nie tylko na dzieci – niejedna osoba odwiedzająca hospicjum mówiła mi, że patrząc na to wszystko, rozumiała, że te dzieci powinny mieć to, co jest najlepsze. Tak to działa.

W założeniu Pałac miał być hospicjum dla osieroconych dzieci. A jak jest w praktyce?
Mamy nie tylko dzieci osierocone, bo okazało się, że czasem życie pisze niezwykle skomplikowane scenariusze. Na przykład mama naszej Kasi – na co dzień sama, bo jej mąż jest kierowcą tira, miała pod opieką jedno dziecko, które trzeba zaprowadzić do szkoły, drugie, 2-letnie, ciężko chore i jeszcze Kasię, która oddycha przez rurkę tracheotomijną. Nie mogła więc jej zostawić ani na moment, bo w każdej chwili dziewczynce groziło uduszenie. I Kasia jest teraz z nami, regularnie przyjeżdża tu cała jej rodzina, dziadek masuje ją przez całe weekendy, by nie miała odleżyn. Takie to są historie.

Ile dzieci w tej chwili jest w Pałacu?
Dziś dziesięcioro, ale dwoje chwilowo trafiło do szpitala. My się z całych sił staramy, by dziecko – jeśli to możliwe – mogło wrócić z hospicjum do domu i być z rodziną. Udało nam się to już w przypadku piątki dzieci – naszego pierwszego pacjenta, czyli Piętaszka, Zosi, Wojtka, wróciła też Sandra, która już niestety nie żyje, ale odeszła wśród najbliższych. A dla Asi znaleźliśmy rodzinę zastępczą.

Prowadzicie hospicjum stacjonarne i domowe, to bardzo dużo pracy. Macie wolontariuszy?
W tej chwili około setki, bardzo potrzebujemy ich pomocy. Nasza koordynatorka wolontariatu, Gabrysia, bardzo skrupulatnie ich dobiera. Z jednej strony to dla nich wielka lekcja odpowiedzialności, a z drugiej – musimy zadbać, by ta praca była dla nich emocjonalnie bezpieczna, żeby nie stała się im żadna krzywda. Jesteśmy jednak bardzo wymagający, więc jak ktoś deklaruje, że ma wolne 2 godziny w tygodniu, ale nie robi tego, do czego się zobowiązał, to mu dziękujemy. Nie może być takich sytuacji, że ktoś się na coś umawia, a potem w ogóle nie przychodzi.

Kim są Wasi wolontariusze?
Często to studenci pedagogiki albo psychologii, ale też po prostu pracujący mężczyźni i kobiety, matki mające kilkuletnie dzieci, babcie, osoby, które mają prawo jazdy i mogą nam coś przewieźć, bo to bardzo potrzebne. Jeśli są wolontariuszami w Pałacu, to po prostu dotrzymują dzieciom towarzystwa – czytają książki, tulą je, noszą na rękach, śpiewają. Mieliśmy w Pałacu dziecko, które umierało przez długie tygodnie i jak tylko kończyło się działanie leków, to bardzo cierpiało. Dzięki wolontariuszom zawsze ktoś przy nim był. Dużo mamy też wolontariuszy akcyjnych – zawiozą coś tam, gdzie trzeba to zawieźć, przywiozą, napiszą jakieś pismo, list. I ostatnia grupa, najmniej liczna, czyli ci, którzy jeżdżą do dzieci z hospicjum domowego. Nasi podopieczni mieszkają w promieniu 120 km od Łodzi, więc to nie jest łatwe do zorganizowania, by wolontariusze mogli ich regularnie odwiedzać.

Ale jak się uda, to też mają za zadanie po prostu pobyć z dzieckiem?
Właśnie tak. Albo pomóc w czymś rodzinie. Dzięki nim mama chorego dziecka może np. wyjść z domu choć na chwilę. Są też wolontariusze, którzy opiekują się rodzeństwem naszych podopiecznych. Ten projekt nam się mocno rozkręcił – organizujemy dla nich wyjazdy wakacyjne, dodatkowe zajęcia i pomagamy w lekcjach, a właściwie proponujemy regularne korepetycje z najważniejszych przedmiotów. Bo jak rodzina jest pochłonięta opieką nad chorym dzieckiem, to już nie zadba wystarczająco o edukację tych zdrowych. W tej chwili około 60 takich dzieci jest pod naszymi skrzydłami. Wymyślamy dla nich ciągle jakieś atrakcje – ostatnio byli w planetarium, chodzą do kina, regularnie współpracujemy z Muzeum Kinematografii, wspólnie malujemy, gotujemy, robimy biżuterię i inne cuda wianki.

Czy Waszymi wolontariuszami mogą też zostać osoby niepełnoletnie?
Oczywiście, że tak, ale tylko akcyjnymi, bo nie możemy ich narażać na żadne trudne sytuacje. Mogą więc roznosić ulotki albo pomóc nam, gdy organizujemy jakąś imprezę plenerową.

Ale to też działania ważne z Waszego punktu widzenia?
Oczywiście! Np. jak robimy jakiś piknik, to trzeba wszystko porozstawiać, przygotować, zająć się gośćmi, potem posprzątać. Normalnie musielibyśmy do tego wynająć ludzi, a dzięki zaangażowaniu naszych młodych wolontariuszy, udaje nam się wszystko zorganizować bez ponoszenia dodatkowych kosztów.

A jak mogą wam pomóc ludzie, którzy nie mają czasu działać wolontariacko? Na stronie fundacji jest Wasza lista potrzeb. Czy ona jest aktualna, można dla Was coś wymienionego na niej kupić?
Tak, jest aktualna, choć najbardziej można nam pomóc, wpłacając pieniądze na nasze konto. Przecież nawet korzystając z pomocy wolontariuszy, musimy pokryć pewne koszty – ubezpieczyć ich, przeszkolić, zapewnić im opiekę psychologa. Do tego prowadzenie hospicjum nie jest tanie – mamy profesjonalny zespół lekarzy, pielęgniarek i odpowiednią liczbę niań, ale musimy tym ludziom odpowiednio zapłacić. NFZ pokrywa jedynie 40 proc. kosztów, więc tylko na opiekę medyczną brakuje nam rocznie 2 mln zł. I te pieniądze musimy jakoś zdobyć. Dbamy o to, by zatrudniać pracowników o wysokich kwalifikacjach. Matek Teres jest na tym świecie raczej niewiele. Dlatego szukamy ludzi, którzy przyjdą tutaj i będą rzetelnie i profesjonalnie wykonywać swoje obowiązki za odpowiednie pieniądze. Oni też muszą opłacić czynsz za swoje mieszkania, mają dzieci, chcą je wykształcić, pójść z nimi do kina, a nie tylko poświęcać całe swoje życie Fundacji Gajusz.

Darczyńców nie dziwi to, że tak otwarcie mówisz o tym, że pracownikom trzeba odpowiednio płacić?
Regularnie spotykam się z pytaniem, czy ci, którzy pracują w hospicjum, są wolontariuszami. Odpowiadam: „Nie, bo wolontariusz może wygospodarować dla dzieci od dwóch do czterech godzin tygodniowo, a one potrzebują całodobowej opieki. I za to trzeba płacić”. Każda godzina pracy specjalisty kosztuje określoną kwotę. A my potrzebujemy naprawdę dobrych lekarzy i pielęgniarek. Zapraszam zresztą wszystkich chętnych, by do nas przyszli, przejrzeli księgowość i zobaczyli na co wydajemy pieniądze. Uważam, że to przejaw szacunku – dostajemy pieniądze od ludzi, więc mają prawo sprawdzić, co z nimi robimy.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn