Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Sprzedajemy wiedzę

O tym, co kryje się na naklejkach pod warstwą czarnej farby, o rozmowach nad brzegiem Wisły i pracy, w której sens się wierzy, opowiada Maja Ruszpel, prezeska Fundacji Inspiratornia

Rozmawiała: Ola Rzążewska

Kim byli dilerzy wiedzy?
To żartobliwa nazwa party-workerów czyli po prostu edukatorów. Dilerzy wiedzy narkotykowej pojawili się latem 2015 r. nad Wisłą w Warszawie – w wakacje zawsze wielu ludzi spędza tam czas wolny – i dzielili się wiedzą na temat programów profilaktycznych oraz narkotyków.

Z kim tam rozmawialiście?
Chodziliśmy wzdłuż Wisły od Mostu Świętokrzyskiego do Mostu Łazienkowskiego – są tu kawiarnie, są pasy zieleni. Nasi rozmówcy to bardzo różnorodna grupa – mieli od 16 do 40 lat, były to osoby pracujące, uczące się. Funkcjonował też punkt stacjonarny, ustawiliśmy przy nim trzy krzaki sztucznej marihuany, więc byliśmy łatwo zauważalni. Chcieliśmy ludzi zaciekawić, sprowokować. I rzeczywiście się udało – podchodzili z pytaniem, czy sprzedajmy narkotyki. Oczywiście odpowiadaliśmy, że nie, za to sprzedajemy wiedzę na ich temat. Myślę, że informacje w wersji: „To szkodzi, możesz sobie zrobić krzywdę” nie działają. Dlatego trzeba szukać innych sposobów dotarcia do młodych ludzi. Bo kiedy okazywało się, że jednak nie jesteśmy dilerami narkotyków, a edukatorami, warszawiacy reagowali opornie, sądząc, że będziemy moralizować, mówiąc im, co jest dobre, a co złe. Potem byli zaskoczeni, że racjonalnie rozmawiamy o działaniu poszczególnych substancji i uświadamiamy, jakie mogą spowodować szkody, by każdy wiedział, czego się spodziewać.

Czy młodzi ludzie mieli w sobie otwartość, by o tym rozmawiać?
Nawet bardzo dużą! Przyczyniła się do tego szeroka debata publiczna, zwłaszcza to, że media zaczęły mówić o medycznej marihuanie. Zdumiewające było dla mnie, że 80 proc. ludzi, z którymi rozmawiałam, przyznawało, że używa marihuany okazjonalnie albo regularnie, choć jej posiadanie jest w Polsce zakazane. Największy problem mieliśmy z uświadomieniem im tego, że marihuana też może być szkodliwa i może uzależniać. Musieliśmy przy tym powoływać się na twarde dane i opowiadać o tym, że Inspiratornia przez trzy lata prowadziła program terapeutyczny dla osób uzależnionych od przetworów konopi Candis, że do tej pory zgłosiło się do nas ponad 130 osób, które z własnej woli chciały podjąć terapię właśnie w powodu nadużywania marihuany. I dopiero takie argumenty przekonywały naszych rozmówców, że może rzeczywiście coś w tym jest.

Inspiratornia wyprodukowała też ulotki termoaktywne.
Rozklejaliśmy je w toaletach klubów, w których wieczorami spotykają się ludzie i spędzają czas wolny. Ulotki są wielkości połowy kartki A4 – na różowym tle jest czarna dłoń, a nad nią napis: „Palisz jointy? To przyłóż rękę”. Gdy się to zrobi, farba reaguje na ciepło, znika czarny kolor i pojawiają się informacje profilaktyczne związane z używaniem konopi. Znowu postawiliśmy na miniprowokację, by zafrapować i zaciekawić. Tu na odwrót, wiele osób uważało, że jesteśmy z policji i zbieramy odciski palców tych, którzy palą.

A do czego służą okularki 3D, których używacie?
Powstały, gdy zajmowaliśmy się edukacją pedagogów i nauczycieli na temat substancji psychoaktywnych. Zazwyczaj wszystkie narkotyki wrzuca się do jednego worka, a przecież są to substancje o różnorodnym działaniu. Przygotowaliśmy więc obrazki 3D – po założeniu okularów anaglifowych przekształcały się w taki sposób, by można było doświadczyć zmian percepcji podobnych do tych, jakie występują po zażyciu konkretnych narkotyków. Bardzo łatwo było pokazać halucynacje po zażyciu LSD. W przypadku innych narkotyków było trudniej, staraliśmy się więc oddać nastrój, jaki ogarnia człowieka, który jest pod ich wpływem.

Pamiętam też Waszą akcję wlepkową.
W 40 klubach w centrum Warszawy, na podłogach i na blatach umywalek w toaletach, pojawiły się nasze wlepki imitujące różne narkotyki, m.in. marihuanę czy ecstasy. Chcieliśmy, by klubowicze – myśląc, że widzą prawdziwy narkotyk – próbowali po niego sięgnąć. Na naklejce podany był adres mejlowy, pod którym można uzyskać poradę prawną albo terapeutyczną. Zdecydowaliśmy się na oferowanie porad prawnych, ponieważ wielu młodych ludzi ma problemy z powodu posiadania nieznacznych ilości narkotyków. Po nowelizacji ustawy w 2011 r. można jednak dość skutecznie się bronić, znając treść artykułu 62a. Nasz prawnik dyżurował i pomagał pisać pisma procesowe albo odpowiadał na pytania dotyczące innych zagadnień.

Kto wymyśla Wasze projekty?
Ja.

A jak wpada Pani na te pomysły?
Nie umiem odpowiedzieć. Po prostu lubię to robić – pracując nad daną kampanią tak bardzo się na niej koncentruję, że moja wyobraźnia zaczyna sama pracować.

Ale przecież jeszcze nim powstała Inspiratornia, zajmowała się Pani zawodowo tematyką narkotykową.
Pracowałam jako specjalista ds. kontaktów z mediami w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, kiedy przedstawiono mnie Kasi Malinowskiej, dyrektorce Międzynarodowego Programu Polityki Narkotykowej (Global Drug Policy Program). Zapamiętałam z tego spotkania jej wielką otwartość, umiejętność strategicznego myślenia i przekonanie, że to, co uważamy za potrzebne, da się zrobić, nawet jeśli w punkcie startu wydaje się to być może niemożliwe.

Takie podejście to wielka siła.
Kasia mieszkała i kształciła się w Stanach, a to jednak zupełnie inna kultura pracy. W żadnej organizacji pozarządowej nie spotkałam wcześniej takiej osoby, byłam nią zafascynowana i momentalnie w to wsiąkłam. Gdy zaczynaliśmy pracę, w społeczeństwie funkcjonował jeszcze stereotyp, że osoba, która używa narkotyków to tzw. ćpun mieszkający na dworcu kolejowym. W tamtym czasie przez media przetaczał się temat sklepów z dopalaczami. Nie było mowy o medycznej marihuanie czy o zmianie prawa narkotykowego.

Po jakimś czasie pojawiła się Fundacja Inspiratornia.
Miałam potrzebę realizowania czegoś swojego. Chciałam sprawdzić, czy to się uda.

I teraz, gdy to sprawdzanie trwa w najlepsze, co daje Pani największą satysfakcję?
W dużo większym stopniu mogę żyć w zgodzie ze sobą, niż gdybym musiała pracować np. w korporacji. Najważniejsze, że robię coś, w co wierzę i co chcę robić. Inspiratornia jest małą organizacją, więc muszę umieć wszystko – wymyślić projekt, znaleźć pieniądze, zarządzać zespołem, rozliczyć projekt, muszę znać się na księgowości i przepisach prawnych. To ogrom pracy. Ale jestem za to wdzięczna losowi – zaczynałam na fali entuzjazmu i idealizmu, a teraz potrafię już twardo chodzić po ziemi. Bardzo, bardzo dużo się nauczyłam. Czasem płaciłam za to łzami, ale było warto.

Gdyby młodzi ludzie chcieli Wam jakoś pomóc, to w jaki sposób wykorzystalibyście ich energię?
Wierzę w to, że każdy ma w sobie ogromny potencjał – trzeba tylko dać mu szansę rozkwitnąć. Każdy może zaangażować się w nasze działania oraz przynieść własne pomysły. Być może moglibyśmy je wspólnie realizować. I wtedy ja i pozostałe osoby z fundacji uczylibyśmy się nowego spojrzenia na nasze działania od tej osoby, a ona od nas.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn