Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Róbmy swoje

O poszukiwaniu drogi do Pałacu, Latającym Domu Kultury i ośmiuset zagranych spektaklach opowiada Kamil Kuligowski z Fundacji Form Art

Rozmawiała: Ola Rzążewska

W dniu, w którym Fundacja Gajusz otwierała swoje hospicjum stacjonarne nazywane Pałacem, w mieście pojawiły się krasnale. Pytały łodzian, którędy do Pałacu.
Rzeczywiście, byliśmy wtedy krasnalami, a że pałaców w tym mieście nie brakuje, bo przy co drugim skrzyżowaniu jakiś stoi, wszyscy pytali: „Ale o jaki pałac chodzi?”. To była taka akcja happeningowa, jakie najbardziej lubimy. W fundacji jest sporo ludzi wywodzących się z teatru ulicznego, improwizacja to ich żywioł.

Pamiętam też wielką paradę, która w 2009 r. przeszła ul. Piotrkowską.
To była Parada Czerwonych Nosów, inauguracja Międzynarodowego Dnia Teatru. Brało w niej udział około 300 artystów, a przy organizacji pracowało łącznie z wolontariuszami ponad 50 osób. W ciągu dwóch godzin trzeba było zebrać wszystkich wykonawców na jednym odcinku Piotrkowskiej, zadbać, by bezkolizyjnie wjechali tam swoimi środkami transportu, mieli przestrzeń do przebrania się, potem musieliśmy zrobić im make up, ustawić według przygotowanego scenariusza, by parada mogła się odbyć zgodnie z planem.

Brzmi obłędnie!
Dla nas to było jak zdobycie mistrzostwa świata. Wtedy fundacja nie miała nawet swojej siedziby i ulokowaliśmy się na chwilę w mieszkaniu udostępnionym nam przez przyjaciół. Nie było w nim toalety i bieżącej wody, kostiumernię mieliśmy w starej kuchni z nieszczelnymi oknami. Cały kurz uliczny wzniecany przez tramwaje osiadał na kostiumach. Pewnie dlatego nie było nam łatwo podejść do tego wyzwania, ale zrealizowaliśmy je z dużym sukcesem.

Czy fundacja powstała z miłości do teatru?
Na pewno teatr był punktem wyjścia, ale chcieliśmy robić coś jeszcze – oddziaływać na publiczność, teatralizować przestrzeń miejską. Fundacja powstała, byśmy mogli się w przyszłości rozwijać – nie tylko realizować happeningi i spektakle uliczne, ale też pozyskiwać granty i w pewnym momencie zacząć wspierać lokalną działalność artystyczną.

A w jakim miejscu jesteście teraz?
Cały czas w drodze. Po 8 latach stoimy u progu zbudowania struktury, w której każdy będzie miał jasno określony zakres obowiązków i swoje miejsce, a nowe osoby będą mogły się od nas uczyć i w przyszłości wprowadzać w życie własne pomysły. Realizujemy kilka projektów lokalnych i ogólnopolskich, produkujemy spektakle, współprodukujemy filmy, wspieramy działalność młodych twórców, a czasem nawet festiwale filmowe. Prowadzimy też trudny projekt pod tytułem „utrzymanie się”.

Spotykamy się w Waszej siedzibie przy ul. Nawrot, w samym sercu Łodzi. Już na pierwszy rzut oka widać, że zaczyna brakować Wam tu przestrzeni.
Rzeczywiście, te 167 m2 jakie tu mamy, to za mało. Potrzebujemy co najmniej 300 albo 400 m2. Robimy dużo spektakli, w których ważna jest scenografia, mamy własną pracownię plastyczną, teatralną, kostiumernię, którą rozbudowujemy. W październiku 2015 r. odbyły się jednocześnie premiery czterech spektakli.

Co to za przedstawienia?
Edukacyjne. Dwa pierwsze są dla młodszych dzieci – jedno pokazuje, że do zabawy wystarczą zwykłe rzeczy – kij, poduszka, łóżko i trochę wyobraźni, a drugie, bardziej dydaktyczne, mówi o tym, żeby nie zaśmiecać sobie diety słodyczami, tylko zdrowo się odżywać. Dwa pozostałe spektakle są dla starszych. Pierwszy to podróż przez epoki – widzowie dowiadują się, co się działo np. w starożytności czy średniowieczu. Drugi – „Trollololo” – dotyczy trollowania w sieci i hejtingu.

To przedstawienie dla gimnazjum?
Gramy je też dla ostatnich klas podstawówki, bo ten temat ich też dotyczy i dotyka. Zdaje się, że trafiliśmy w punkt. Stworzyliśmy konspekt lekcji, by nauczyciele mogli omówić te zagadnienia ze swoją klasą po spektaklu. Teatr nawet w lekkiej formie powinien poruszać ważne kwestie i pobudzać do stawiania pytań.

Gdzie pokazujecie swoje spektakle?
W całej Polsce – w Szczecinie, Poznaniu, Gdańsku, Łodzi, na pewno też będziemy pojawiać się z nimi w szkołach w Warszawie.

Widziałam niedawno ogłoszenie, że szukacie aktorów. Zaskoczyło mnie, jak często gracie. Jesteście chyba bardzo obciążeni pracą?
Ogromnie. Gdy jakoś ogarniemy jeden temat, pojawia się coś nowego. Zawsze wybiegam myślą daleko w przód – zastanawiam się, co robić za dwa czy trzy lata, jak pokierować pracami, choćby po to, by sobie jakoś to wszystko w głowie ułożyć.

Jak duży jest Wasz zespół?
W tej chwili zatrudniam ok. 40 osób. To aktorzy, reżyserzy, scenografowie, osoby z naszych pracowni. Im więcej robimy, tym więcej nawiązujemy kontaktów, które mogą w przyszłości zaowocować ciekawymi pomysłami. Teraz dzielę swój czas i energię między fundację i spółdzielnię socjalną, którą założyliśmy 2,5 roku temu. Fundacja zajmuje się działalnością typowo społeczną, a spółdzielnia socjalna wykonuje zlecenia komercyjne – robimy pikniki dla firm, gwiazdki, jubileusze, akcje promocyjne np. w centrach handlowych. Teraz spółdzielnia współprowadzi punkt widokowy na budowę węzła kolejowego Łódź Fabryczna. Ulokowaliśmy się na 15. piętrze w jednym z budynków na ul. Traugutta i zapraszamy tam łodzian, dla których szykujemy też szereg atrakcji artystycznych. I to jest kapitalne, bo niezależnie od tego, co się dzieje wokół, my robimy swoje. To jest hasło, które zawsze powtarzam ludziom: „Róbmy swoje. Jesteśmy w tym dobrzy”.

A czym się w tej chwili zajmuje fundacja?
W 2015 r. zorganizowaliśmy kolejną edycję Latającego Domu Kultury – to cykl artystycznych imprez letnich, które urozmaicają dzieciakom życie w mieście. Pojawiamy się na 3 albo 4 godziny z naszym programem artystycznym, warsztatami, animacjami, często też ze spektaklem i po prostu bawimy się z dziećmi. Byliśmy m.in. w Parku Źródliska, Parku Sienkiewicza, Parku Staromiejskim i Podolskim, w ogrodzie koło Ośrodka Kultury Górna, między blokami przy ul. Poznańskiej. Ludzi z roku na rok przybywa, znają nas i czekają, że tak jak rok temu, tak i teraz przyjedziemy. Widzimy, że to, co robimy, jest potrzebne.

Dużo osób bierze udział w zajęciach Latającego Domu Kultury?
Gdyby zliczyć wszystkie miejsca, w których pojawiamy się w ramach jednej edycji, to ponad 1,5 tys. osób. Trzeba pamiętać, że w przypadku takich warsztatów nie liczy się tylko ilość, bardzo ważna jest też jakość. Podobny projekt organizowaliśmy w Ełku, będziemy też prowadzić takie działania w Wielkopolsce.

Czy to znaczy, że macie kilka zespołów, które równolegle mogą pracować w różnych miastach?
Ależ skądże! Musimy tak wypełniać swój kalendarz, żeby móc być i tu, i tu, i tam. Część osób współpracuje z nami tylko w czasie, gdy realizujemy równocześnie kilka projektów. Zakładając fundację, wiedziałem, że nie będziemy mogli robić tego wszystkiego wolontarystycznie. Przyczyna jest prosta – pracuje się tu więcej niż na etacie. Nie widzę przeszkód, by z jednej strony robić coś niekomercyjnego, gdy dostajemy na to grant, a z drugiej – realizować działalność odpłatną w ramach budżetu, którym dysponuje odbiorca. Dzięki temu możemy kupić papier, farby, inne materiały do dekoracji, opłacić część czynszu za siedzibę czy usługi księgowe. Są również pieniądze z 1 procenta, w tym roku nieco ponad 20 tys. zł., które pozwalają nam czasem zrobić coś fajnego społecznie. W tym roku m.in. wsparliśmy produkcję etiudy filmowej „Akacje” w reżyserii Julity Pasikowskiej.

Wygląda na to, że jesteście bardzo zajęci.
Ja sam już od dwóch lat prawie nie występuję, zająłem się produkcją. To mnie na szczęście także kręci i realizuję się w tym. Mam jednak nadzieję, że za rok, dwa, będę mógł zagrać w jednej z naszych produkcji i to mi da taką radość, jak dawało 20 lat temu.

Ile spektakli macie już na koncie?
Wyprodukowaliśmy około 15. Są miesiące, gdy codziennie gramy po 6 przedstawień. Nie przesadzę, mówiąc, że to mniej więcej 800 spektakli rocznie.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn