Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Otwórz oczy

O łachach na Wiśle, byciu drewniakiem oraz operze Moniuszki wystawianej nad rzeką opowiada Andrzej Stański, prezes Fundacji Szerokie Wody

Rozmawiała: Ola Rzążewska

Podobno to wszystko się zaczęło od Twojej pasji żeglarskiej?
To prawda.

A jak się ma żeglowanie do Wisły?
Kilkanaście lat temu pływałem po Mazurach i to było piękne. Mieliśmy proste łódki – Omegi, DZ-ty. Ale potem zaczął się wyścig – coraz nowocześniejszy sprzęt i coraz większy tłok na jeziorach, a mnie zaczęło to męczyć. Pięć lat temu, gdy mieszkałem nad Wisłą, zobaczyłem kogoś płynącego dziwną konstrukcją ze sklejki i dykty. Namówiłem syna, by zbudować ciekawą łódkę, ale on zbudował w końcu taką do wioślarstwa oceanicznego. A później w okolicy Czerwińska zobaczyłem drewnianą łódkę z żaglem rozprzowym i się zachwyciłem. Siadłem do Googla, by poczytać o tradycyjnych łodziach i postanowiłem razem ze znajomym, że taką właśnie sobie sprawimy.

Skąd się bierze taką tradycyjną łódź?
Kupiliśmy ją od Dominika Wichmana, doskonałego szkutnika z Kamieńczyka. Miała 7 metrów długości i dawała tyle frajdy, że stwierdziłem, że nie ma co jeździć na te Mazury, skoro pod nosem mam Wisłę. A na Wiśle jest właśnie to, czego nie ma już na Mazurach – piękna przyroda, cudowne łachy, jest pusta i dziewicza. Nawet nawigacyjnie jest inna niż jezioro czy morze.

Ciekawsza?
Oczywiście, zawsze trzeba uwzględniać prądy, jej nieuregulowanie, słabe oznaczenia, dzięki czemu jest więcej wyzwań. Okazało się, że ludzi, którzy pływają tradycyjnymi łodziami trochę jest – od Krakowa, aż po Toruń – i szukają czegoś innego, mniej oczywistego, nie jeżdżą nad morze ani w góry, potrzebują spokoju i towarzystwa podobnych do siebie osób na Wiśle.

To wtedy się okazało, że jesteś drewniakiem?
Dopiero chwilę później dowiedziałem się, że tak się nazywa tych pływających łodziami tradycyjnymi – małymi, większymi i jeszcze większymi. Oczywiście wśród drewniaków też są podziały środowiskowe – niektórzy uważają, że powinno się pływać zupełnie bez silnika, a łódź ma być zrobiona tak, a nie inaczej.

Kupiliście więc tę łódkę i co było dalej?
Chcieliśmy ją ochrzcić. W tym celu spontanicznie i dość chaotycznie zorganizowaliśmy imprezę pod Konstancinem – dwóch kumpli zagrało na gitarze, był zespół ludowy, ksiądz z kropidłem, a do jedzenia zupa rybna z kociołka. Po spotkaniu pomyśleliśmy, że skoro tak fajnie wyszło, dobrze by było móc robić więcej, ale do tego potrzebna nam była jakaś struktura. I tak założyliśmy Fundację Szerokie Wody. A tę małą imprezę nazwaliśmy edycją zerową Flis Festiwalu.

To Wasze pierwsze dziecko?
Tak, dziś już pięcioletnie. Zaczęliśmy od 40 uczestników, jednego kociołka z zupą i chleba smarowanego smalcem, ale z czasem wszystko urosło. Na ostatniej edycji festiwalu pojawiło się 4-5 tys. osób, przypłynęły 32 drewniane łodzie z całej Polski, grało kilka zespołów. Zawsze zapraszamy też jakąś gwiazdę muzyki folkowej. Wszystko się dzieje w małej podwarszawskiej miejscowości Gassy na 487 km Wisły, a konkretnie na jej lewym brzegu.

Kto przychodzi na Flis Festiwal?
Rodziny, ludzie zainteresowani tradycją i dziedzictwem. Program imprezy jest taki, że można podziwiać stojące łodzie, ale można też się przepłynąć, porozmawiać z tymi, którzy nimi pływają. Jest szansa, że w ten sposób uda się wyłuskać pasjonatów, którzy chcieliby do nas, drewniaków, dołączyć. W 2015 r. na Flis Festiwal przyjechali z zaproszeniem dla nas organizatorzy Festiwalu Loary w Orleanie we Francji. Tam impreza trwa 5 dni, bierze w niej udział ze 300 łodzi, a do tego budżet jest kilkadziesiąt razy większy od naszego. Więc najpierw wydawało mi się, że wymyśliłem coś bardzo oryginalnego, a okazało się, że to już było.

Ale chyba nie odebrało Ci to energii?
Ależ skądże, zresztą Francuzi też nie robią tego od dawna. Festiwal Loary był kołem zamachowym dla rozwoju łodzi tradycyjnych. Każdy chce się pokazać, każdy chce tam być. Taka fiesta, bo Francuzi potrafią się bawić. Zresztą my też potrafimy. Jak opisujemy Flis Festiwal, to zawsze mówimy, że w pierwszej kolejności jest to zlot łodzi tradycyjnych, a tak naprawdę zlot ludzi, którzy tymi łodziami pływają – jedni je budują, inni korzystają z nich bardziej zawodowo, inni tylko amatorsko.

Często słyszy się sformułowanie „oddawanie rzeki mieszkańcom”. Czy Wy też coś oddajecie? A może tylko chcecie nam na coś otworzyć oczy?
Otwieranie oczu, a może i umysłu na coś tak pięknego jak Wisła – to będzie najlepsze określenie. Jeśli ludzie podczas kilkunastominutowego rejsiku łodzią podpłyną do pięknej łachy czy plaży, to widzą, jaki w tym miejscu jest ogromny potencjał. Na razie jest nas niewielu, relacje na rzece są miłe. Pomagamy sobie, rozpoznajemy swoje łódki z daleka, od razu wiemy, czy to płynie Paweł Masiak z ekipą czy chłopcy z Domu Wisły dmuchają na swoim Zygmuncie.

Ale poza Flis Festiwalem i tym otwieraniem innym oczu, macie jeszcze na koncie jedną sztandarową imprezę, czyli Zielone Świątki.
Moim zdaniem jest niezwykle czarowna, a narodziła się przypadkiem. Panie z zespołu ludowego z Gassów, które śpiewają piosenki z tego regionu, dostały zaproszenie do wsi po drugiej stronie rzeki. Wtedy nie pływał jeszcze prom, a one pomyślały, że zamiast jechać autobusem 45 min przez Górę Kalwarię, fajniej będzie przedostać się tam łodziami. Znów zajrzałem do Googla, by sprawdzić z jakimi zwyczajami wiążą się Zielone Świątki. I zrobiliśmy tak – 6 łodzi przyozdobionych brzozą i tatarakiem, my ubrani na biało z akordeonami, panie w swoich strojach ludowych, łącznie ze 100 osób. Dopłynęliśmy do Nadbrzeża, to jest wieś w gminie Karczew. Wszystko wyglądało pięknie, tylko Karczew nie spodziewał się, że orszak przypłynie z taką pompą.

Więc za drugim razem…
12 łodzi ruszyło z Góry Kalwarii (z prądem, bo tak się łatwiej płynie), na nich 4 zespoły ludowe w strojach, dopłynęliśmy do Nadbrzeża, gdzie czekało na nas ponad tysiąc osób. Były występy, poczęstunek, serdeczna atmosfera. Potem popłynęliśmy do Karczewa, a stamtąd do Gassów, gdzie pan Antoni z Ochotniczej Straży Pożarnej Czernidła już na nas czekał z ogórkami małosolnymi – takim elementem zielonoświątkowego jedzenia. Z Gassów popłynęliśmy do Ciszycy, tam miał być festyn – i był – potem do gminy Wawer, gdzie dopłynęliśmy w 150 osób.

A tam, jak słyszałam, wydarzyło się coś bardzo widowiskowego.
Wawerskie Centrum Kultury wynajęło kawał wielkiego terenu tenisowego, ulokowało tam scenę i wystawiło operę „Flis” Stanisława Moniuszki, do której partyturę uaktualnił prof. Herling. Dzieci z miejscowego teatru zrobiły przedstawienia inspirowane kulturą ludową, świątkami – tym, jak to się obchodzi w różnych regionach. Organizatorzy mieli trochę obaw, że nic z tego nie wyjdzie, że to nie zainteresuje ludzi.

Jednak się udało.
Przyszło około 3 tys. mieszkańców Wawra. Było tak wspaniale, że ciężko nam było odpływać. Teraz planujemy trzecią edycję tej imprezy, już mamy wyznaczoną datę i cały program.

My, czyli kto?
W tej chwili trzon fundacji tworzą dwie osoby – Grażyna Leśniak, która jest szefową Rady Fundacji i w sposób doskonały spina wszystkie sprawy formalne i organizacyjne oraz prezes, czyli ja. Grażyny praca to jednak nie tylko kwestie formalne, bo od początku tworzyliśmy razem fundację. Jest w niej kluczową osobą już od momentu zakupu pierwszej łódki i jej chrztu, czyli zerowej edycji Flis Festiwalu.

A macie wolontariuszy?
To bardzo płynna kategoria, ale przy konkretnych imprezach pomaga nam kilkanaście osób, które angażują się w różne działania – ktoś robi zdjęcia, ktoś film, ktoś koordynuje żywe lekcje historii, a jeszcze ktoś inny staje za sterem. Zawsze jesteśmy otwarci na sympatycznych ludzi, którzy chcą coś nowego wnieść. Oczywiście trochę osób też normalnie zatrudniamy, bo mamy zarejestrowaną działalność gospodarczą i organizujemy imprezy komercyjne. Jakiś czas temu zgłosiła się do nas Warszawska Organizacja Turystyczna. Powiedzieli, że mają ludzi, którzy widzieli już wszystko, organizatorów konferencji światowych, którzy byli już na Mont Blanc i jeździli na wielbłądach. Więc zaproponowaliśmy im, że podstawimy kilkanaście łodzi różnego typu, od całkiem małych po wielkie, przewieziemy ich wieczorem Wisłą, dopłyniemy na wysepkę przy Moście Poniatowskiego.

I co tam na nich czekało?
Rozstawione namioty, szałasy i gorące kociołki. Dostali dobre jedzenie regionalne, było trochę muzyki, ktoś grał na akordeonie, ktoś na gitarze, a do toalety musieli płynąć łodzią na brzeg. Nie było w tym nic ekskluzywnego, uprzedzaliśmy, że zrobimy coś bardzo prostego. Nasi chłopcy są jak górale, nie ma, że to klient i trzeba się przed nim po kelnersku kłaniać, tylko mówią: „Siadaj chłopie, jak możesz, to potrzymaj”. To miało dla tych ludzi wielki urok. I okazało się, że za pomocą prostych środków udało nam się zrobić dla nich świetną imprezę.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn