Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Ona jest z klubu

O tym, dlaczego postanowiła nauczyć się wspinać po drzewach i żonglować, o wspólnym gotowaniu i przekonywaniu innych, że można mieć wpływ na swoje życie, opowiada Marta Osuch ze Stowarzyszenia Mierz Wysoko

Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Jak trafiłaś do Klubu Młodzieżowego na Brzeskiej, w którym spotykają się praskie dzieciaki?
Najpierw poznałam Maćka. On był tu wolontariuszem i zabrał mnie ze sobą na Brzeską w Noc Muzeów ponad trzy lata temu. Graliśmy z dzieciakami w planszówki i pomogliśmy im zorganizować paradę na szczudłach po ul. Ząbkowskiej. Potem tak się zdarzyło, że Maciek nie mógł pójść na zajęcia z Tęczakami, czyli najmłodszą grupą. Postanowiłam go zastąpić. Byłam wystraszona, ale dałam radę. A jeszcze później dostałam zaproszenie na wspólne odrabianie lekcji i zaczęłam na Brzeskiej bywać regularnie.

Byłaś wtedy urzędniczką?
Zamiast wymarzonej resocjalizacji skończyłam prawo i dostałam pracę w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta, gdzie zajmowałam się ochroną praw osób chorych psychicznie i uzależnionych. To było fajne miejsce, ale zamiast spotykać się z ludźmi, całymi dniami siedziałam przy komputerze. Po 1,5 roku zaczęłam mieć poważne problemy z kręgosłupem – organizm dał mi znać, że to jednak nie dla mnie. A ponieważ od zawsze chciałam pracować z młodzieżą, poszłam do szkoły trenerów i na kurs socjoterapeutyczny.

Na Brzeską przyszłaś jako wolontariuszka, zostałaś szefową klubu.
Brałam udział w odrabiankach, pomagałam organizować imprezy, poprowadziłam bezpłatne warsztaty ze wzmacniania poczucia własnej wartości. Jednocześnie pracowałam na pół etatu w biurze, byłam też społecznie kuratorem rodzinnym w Sądzie Rejonowym w Otwocku. Kiedy z Brzeskiej odchodziło dwóch pedagogów, prezeska zarządu zapytała, czy nie chciałabym zostać wychowawcą. Pewnie, że chciałam! Tym bardziej, że już wcześniej, w czasie spotkania wigilijnego, najpierw starsze dziewczyny, a potem też starsi chłopcy, pytali, czy nie mogłabym poprowadzić dalej ich grup. Na maksa się ucieszyłam. A na początku tego roku dostałam propozycję, by koordynować działania całego klubu. Postanowiłam, że spróbuję zadbać o to miejsce, o dzieciaki i o ludzi, którzy tu pracują.

Dlaczego tak Ci się tu spodobało?
Bardzo bliskie są mi metody pracy rozwijane tu od lat i idea, że najważniejsze jest budowanie relacji z młodymi ludźmi, towarzyszenie im, dawanie poczucia sprawczości i swojej uwagi, a nie – jak ja to nazywam – „obcinanie rączek”, a więc mówienie, co mają zrobić i jak mają to zrobić. Widzę sens w naszej pracy, bo pomagamy im odkrywać własny potencjał, pokazujemy, że każdy ma wpływ na swoje życie. Nie mówimy: „Odrób lekcje i siedź prosto” ale: „Bądź sobą”. To niełatwe, bo przecież dzieciaki, które do nas przychodzą, często mają poczucie, że są z najgorszej dzielnicy, z najgorszej ulicy, że chodzą do najgorszej szkoły i są w niej najgorszymi uczniami

Czym się zajmujesz w klubie?
Mnóstwem spraw, więc by to wszystko ogarnąć, poprosiłam o wsparcie kilka osób. Po pierwsze, dbam o to, byśmy dobrze pracowali od strony merytorycznej. Po drugie, staram się zdobywać pieniądze na naszą działalność, szukam sponsorów, piszę wnioski dotacyjne. To najtrudniejsze i pochłania najwięcej czasu. Po trzecie, zajmuję się strategią funkcjonowania klubu, czyli nadaję kształt temu, co robimy. Wszystko konsultuję z zespołem i zarządem stowarzyszenia, w którym są dziewczyny, który zakładały to miejsce i pracowały tu jako streetworkerki.

Jesteś na Brzeskiej codziennie?
Spędzam tu przeważnie 6 godzin dziennie od poniedziałku do piątku. Mam świadomość, że w tej pracy można się utopić, bo zawsze będzie coś do zrobienia. Staram się więc brać wolne dni, to pozwala złapać dystans. Nie chodzi przecież o to, by udawać herosa. Chcę, żeby dzieciaki patrząc na mnie, uczyły się, że dbanie o siebie jest wartościową postawą.

Praca w organizacji pozarządowej jest fajna?
Bardzo szanowałam pracę w urzędzie, na etacie, od 8 do 16, z umową na czas nieokreślony, trzynastkami i wczasami pod gruszą. Są takie momenty, w których przypominam sobie swoje ładne biurko i poranną kawę z ekspresu. Ale przecież nie na tym najbardziej mi w życiu zależy. Tu czuję, że wchodzę w prawdziwe relacje z ludźmi, każdy kontakt coś wnosi także do mojego życia, to wszystko jest bardzo prawdziwe i ma sens.

Jak właściwie wygląda Wasza praca?
Przede wszystkim bardzo dużo gadamy. Przychodzi do nas w sumie 35-40 dzieciaków, ale spotykamy się w małych, kilkuosobowych grupach i robimy coś wspólnie, np. gotujemy albo gdzieś razem wychodzimy. W ten sposób dzieciaki poznają inny świat, oswajają się z nowymi miejscami i konfrontują z panującymi w nich zasadami. Ostatnio Wampirzyce, czyli młodsze dziewczyny, były w restauracji na sushi. Prowadzimy też zajęcia podwórkowe – zbieramy dzieci z ulicy, proponujemy im gry i zabawy, urządzamy podchody, skaczemy na skakance, gramy w piłkę. Ale z tymi, które chcą z nami pracować regularnie i trzymają się zasad, a więc przede wszystkim nie używają przemocy, robimy małe projekty. Odnajdujemy jakieś wspólne zainteresowanie, coś co wydaje nam się trochę poza zasięgiem, zdobywamy na to pieniądze, szukamy przestrzeni czy człowieka, który może nam pomóc się tym zająć. Teraz z najstarszymi dziewczynami będziemy się uczyć tree climbingu, czyli wspinaczki po drzewach przy pomocy lin.

Skąd ten pomysł?
Na początku roku szkolnego każdy zastanawiał się, co chciałby w sobie zmienić, nad czym popracować, z czym mu trochę niewygodnie. Dziewczyny z mojej grupy mówiły o asertywności, wzmacnianiu poczucia własnej wartości, o radzeniu sobie z lękiem. No i doszłyśmy do wniosku, że wszystkie chciałybyśmy skoczyć ze spadochronem. Ale to jest ogromne wyzwanie, więc postanowiłyśmy, że dojdziemy do tego etapami. Tree climbing to pierwszy krok. Zobaczymy, jak będziemy się czuły na wysokości, przyjrzymy się temu, jak się zmieniamy.

Też będziesz chodzić po drzewach?
Oczywiście! To jest coś, za co kocham to miejsce. Ja nie stoję z boku, nie dyryguję, nie mówię jak ma być, tylko przechodzę przez cały proces. Głęboko wierzę w to, że takie bycie razem ma sens. Ostatnio razem poszłyśmy do domu strachów. Uwierz mi, tak samo się bałam jak one i tak samo piszczałam. Było niesamowicie. Oczywiście jestem dorosła, ale jestem też partnerem i towarzyszem. Kiedy się boję, pokazuję ten lęk. Pokazuję też, jak sobie z nim radzę. A czasem pokazuję, że – jak każdy – mam prawo sobie czasem nie radzić.

A nauczyłaś się już żonglować?
Tak, trzema piłeczkami. Sztuczki cyrkowe to było coś, od czego zaczęła się praca z dzieciakami w tym klubie prawie 10 lat temu. Teraz wracamy do korzeni. Uczyliśmy się też fireshow, czyli tańca z ogniem. To przyniosło ogromne rezultaty. Dwie dziewczyny, które brały udział w tym projekcie mówią, że odmienił ich życie, bo zobaczyły, że potrafią coś, czego nie umieją inni. Obie poszły do szkoły średniej, jedna jest teraz naszą wolontariuszką i pomaga młodszym dzieciom w lekcjach. Bo raz w tygodniu spotykamy się na odrabiankach i od tego praktycznie każdy wolontariusz u nas zaczyna. Nie chodzi o to, by być orłem z matematyki czy fizyki, ale by się razem pouczyć, usiąść i wspólnie poszukać rozwiązania, razem pokonywać trudności.

Jeździcie też na wycieczki.
W zeszły weekend byliśmy w Górach Świętokrzyskich. Mieszkaliśmy w gospodarstwie agroturystycznym, dzieciaki miały własne pokoje z pięknymi łazienkami, nie mogły w to wszystko uwierzyć. Podzieliliśmy się zadaniami – jedna grupa była odpowiedzialna za przygotowanie posiłków, druga po nich sprzątała, ktoś pilnował czasu, żebyśmy się nigdzie nie spóźnili. Paliliśmy w kominku, wędrowaliśmy po górach. A kilka tygodni wcześniej byliśmy w Parku Kampinoskim, większość po raz pierwszy w życiu spała wtedy pod namiotami.

Czujecie się częścią społeczności lokalnej? Pamiętam, że jak klub powstawał, wiele lat temu, leciały w Waszą stronę jajka.
Teraz najgorsza rzecz to chyba opluwanie, ale raczej szyby, niż nas. Dzieciaki nas odrzucają tylko wtedy, gdy się same poczują odrzucone, a więc kiedy np. zabraknie dla nich miejsca na odrabiankach. Mamy dobry kontakt z rodzicami i nauczycielami, spotykamy się z pedagogami szkolnymi, staramy się pomóc naszym podopiecznym indywidualnymi korepetycjami, żeby zdawali z klasy do klasy. Ci z mieszkańców okolicy, którzy spędzają czas stojąc w bramach, dalej uważają nas za kosmitów. Ale z wieloma członkami społeczności jesteśmy po imieniu, mówimy sobie: „Cześć, co słychać?”, a jak robimy piknik, to oni przynoszą ciasta. Pamiętam taką sytuację z czasów, gdy przychodziłam tu jako wolontariuszka – jakiś chłopak zaczął wykrzykiwać za mną różne nieprzyjemne rzeczy i wtedy ktoś inny powiedział: „Daj spokój, ona jest z klubu”. Jak jesteś z klubu, to jesteś trochę stąd.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn