Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Możesz iść dalej

O tym, czy warto patrzeć na horyzont, kto może skakać ze spadochronem i dlaczego to kierownik ma oliwić tryby, opowiada Rafał Skrzypczyk, wiceprezes Fundacji Aktywnej Rehabilitacji

Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Kogo wspiera Fundacja Aktywnej Rehabilitacji?
Pracujemy z osobami, które poruszają się na wózkach z powodu trwałego uszkodzenia rdzenia kręgowego. Najczęściej to ofiary wypadków, przeważnie mają od 15 do 30 lat. Nie siedzimy w biurze i nie czekamy, aż ktoś się do nas zgłosi ze stertą orzeczeń lekarskich, tylko sami docieramy do ludzi, którzy trafiają do szpitali i czują, że ich życie właśnie się zawaliło.

Po jednej stronie jest organizacja, która pomaga, a po drugiej osoby, które otrzymują pomoc?
Nie, u nas jest pewna ciągłość. Wielu naszych instruktorów jeździ na wózkach – ci, którym pomogliśmy, dołączają do zespołu fundacji i sami zaczynają pomagać kolejnym osobom, inspirując je swoim przykładem. Zresztą wiele nowych organizacji powstało w oparciu o „naszych” ludzi, bo nikogo nie zatrzymujemy. Mówimy: „Jeśli chcesz, możesz być z nami do końca życia i działać na rzecz innych. Ale możesz też iść dalej, sam decydujesz”.

Często to właśnie instruktorzy na wózkach jako pierwsi kontaktują się z osobami po wypadkach.
Tak, bo są najbardziej wiarygodni. Pokazują, że osoba niepełnosprawna może prowadzić aktywne życie, mieć pracę, rodzinę, przyjaciół, uprawiać sport, rozwijać swoje pasje. Stają się wzorami do naśladowania, mentorami. Zapraszają na nasze obozy szkoleniowo-rehabilitacyjne, na które i ich ktoś kiedyś zaprosił. Przeszli przez cały, bardzo trudny proces usamodzielnienia, uporali się z realnymi problemami, mogą mówić o swoich doświadczeniach i nie usłyszą: „A co ty tam wiesz!”. Oni są kluczem, najważniejszym elementem naszych działań, sprawiają, że wszystko ma sens.

Bo najistotniejsza jest zmiana myślenia na temat tego, jak mogą funkcjonować osoby niepełnosprawne?
Tak. My pokazujemy, że mogą żyć w sposób godny i niezależny, a to także znaczy, że muszą mieć możliwość dokonywania wyborów. Dlatego np. promujemy wśród nich różnego rodzaju sporty, także ekstremalne. Kiedy w latach 90. zaczęliśmy prowadzić naukę nurkowania, wszyscy mówili, że to niebezpieczne. Odpowiadaliśmy: „I co z tego? Czy osoby niepełnosprawne nie mają prawa same decydować o tym, czy chcą to robić czy nie? Tak jak każdy?”. Pomyślmy o kimś, kto latał na paralotni i uległ tragicznemu wypadkowi, złamał kręgosłup, jeździ na wózku. I ten ktoś, dzięki rehabilitacji, dochodzi do takiej sprawności, że mógłby wrócić do swojego ukochanego sportu. Pewnie usłyszy od innych: „A jak się drugi raz połamiesz?”. My tak nie powiemy – jak się połamie, trudno, ma prawo do podejmowania ryzyka, jak każdy. Dlatego zawsze ustalamy z osobą, z którą pracujemy, indywidualne cele. Dla kogoś najważniejszy będzie powrót do tańca, ktoś inny nie będzie już czynnym sportowcem, ale np. chce zostać trenerem. Dla wielu osób kluczowe jest znalezienie pracy czy założenie rodziny. Naszym celem nie jest więc nauczenie ich chodzenia po schodach, ubierania się, przesiadania z wózka na łóżko. Chodzi o to, by każdy wybrał sobie drogę, którą będzie szedł. Może postanowi np. zostać parlamentarzystą albo dziennikarzem? Przecież to wszystko jest możliwe.

Prowadzicie kompleksowe programy pozwalające osobom na wózkach wrócić do aktywności społecznej i zawodowej. A wielu Polaków nadal uważa, że organizacje pozarządowe zajmują się głównie działalnością charytatywną.
Pewnie dlatego, że stowarzyszenia udzielające wsparcia osobom z różnymi niepełnosprawnościami były zakładane w latach 90. głównie przez rodziców, którzy szukali pomocy dla swoich dzieci. Te organizacje często miały charakter lokalny, zbierały pieniądze na leki, sprzęt i rehabilitację. Pomysły na inne, bardziej systemowe działania, rozbijały się o to, że każde dziecko miało inną niepełnosprawność. Wiele osób nie zauważyło, że od tamtego czasu wszystko się zmieniło. Stowarzyszenia i fundacje, także te działające w obszarze wspierania osób z niepełnosprawnościami, dysponują zespołami specjalistów i są w pełni profesjonalne.

A potrzebni są Wam wolontariusze?
Mamy stałą kadrę, ale większość naszych działań opiera się na pracy społecznej. Ja sam przez pierwszych pięć lat pracowałem w fundacji jako wolontariusz. Pamiętam, że pytano mnie, dlaczego się tym zajmuję. Odpowiadałem, że sprawia mi to przyjemność. Do tej pory uważam, że to szalenie ważne, by praca dawała radość i satysfakcję, więc niechętnie patrzę na osoby, które traktują swoje zaangażowanie w kategorii „poświęcenia” i chcą „zbawiać świat”. To nie jest najlepsza motywacja. Pamiętam jedną z naszych pierwszych młodych wolontariuszek. To było chyba w 1998 r. Ona chodziła wtedy do brytyjskiego czy amerykańskiego liceum. Przez cały rok w każdą niedzielę przyjeżdżała do nas z Rawy Mazowieckiej. Pomagała w czasie zajęć sportowych, które organizowaliśmy dla osób na wózkach. Pracowała z dużym przekonaniem. Powiedziała, że zaangażowanie w działalność społeczną jest dobrze widziane w jej szkole, wszyscy tak robią, normalna sprawa. Na Zachodzie wolontariat od dawna jest ważnym elementem drogi zawodowej. Nasza organizacja ma korzenie szwedzkie i w Polsce pojawiła się w latach 80. U nich problemem była nadmierna opiekuńczość systemu opieki socjalnej, u nas – zupełny jej brak. Idea aktywnej rehabilitacji idealnie pasowała do obu tych sytuacji. Inicjatorką przeniesienia modelu skandynawskiego na nasz grunt była Katarzyna Trok, Polka mieszkająca od lat po drugiej stronie Bałtyku. Miała doświadczenie w harcerstwie i wybierając polską kadrę zwracała uwagę także na ten element przygotowania „organizacyjnego”. Podzielam jej zdanie, że w okresie komuny harcerstwo w miarę rzetelnie i kompleksowo uczyło młodych ludzi odpowiedzialności, pracy zespołowej i zarządzania czasem.

A czego można się u Was nauczyć?
Na przykład właśnie pracy zespołowej. Wolontariusze, którzy wyjeżdżają na nasze obozy rehabilitacyjne, widzą, że ich zdanie jest dla nas równie ważne, jak opinia bardzo doświadczonych instruktorów. Szwedzi nauczyli nas też tego, że lepszym słowem niż „kierownik”, jest „łącznik”. To nie powinien być ktoś, kto wprowadza zasady, dowolnie je zmienia i pokazuje, że jest najważniejszy, ale osoba, która zajmuje się oliwieniem trybów – sprawia, że wszystko fajnie działa.

Wielu ludzi uważa, że nie można wymagać tego samego od wolontariusza, co od osoby, która za pracę otrzymuje wynagrodzenie.
A to niby dlaczego? Oczywiście rzadko jest tak, że wolontariusz pracuje na cały etat, chociaż znam i takich. Ale podpisując umowę, do czegoś się zobowiązuję, niezależnie od tego, czy dostanę za to pieniądze, czy ciepłe słowo. Jak ktoś deklaruje, że przez najbliższe trzy miesiące będzie przyjeżdżał w każdy piątek o godzinie 14 na dwie godziny, traktuję to bardzo poważnie. Sam za darmo pracuję np. w różnych zespołach eksperckich i przez myśl mi nie przeszło, że mogę po prostu nie przyjść na spotkanie, bo nikt mi za to nie płaci.

Macie też bardzo młodych wolontariuszy?
Oczywiście. Są np. sędziami stolikowymi na naszych zawodach sportowych. Tak było choćby w Radomiu, gdzie organizowaliśmy turniej rugby na wózkach i pomagali nam uczniowie miejscowego liceum. Nawiązaliśmy wcześniej kontakt ze szkołą, przeszkoliliśmy chętnych, w czasie rozgrywek mieli naprawdę ważną, odpowiedzialną funkcję.

Można się też do Was samodzielnie zgłosić?
Oczywiście, bardzo zachęcam do kontaktu z nami. To fajne, jak ktoś przychodzi z własnym pomysłem, energią, doświadczeniami. Może w szkole był redaktorem gazetki i zaproponuje, że będzie pisać teksty na naszą stronę internetową? A może świetnie sobie radzi z nowymi mediami społecznościowymi, o których my niewiele wiemy? Kiedy człowiek realizuje się w obszarach, które go ciekawią, praca sprawia mu przyjemność. A o to przecież chodzi.

Udzielacie wsparcia osobom na wózkach, więc widzicie wszystkie bariery, z którymi muszą się na co dzień mierzyć. Dużo jest jeszcze do zrobienia?
Pod koniec lat 80., gdy nasza organizacja powstawała, Szwedzi uczyli nas, jak działać. Wtedy sytuacja osób na wózkach była dramatyczna – brakowało dobrego sprzętu, profesjonalnego wsparcia, wszędzie były schody. My mieliśmy wielkie plany, chcieliśmy zmienić dosłownie wszystko. Oni na nas popatrzyli i mówią: „Ile macie osób? Ile czasu? Ile zdołacie unieść? Zróbcie obóz rehabilitacyjny. Wyciągnijcie z domów 20 ludzi. Zacznijcie od jednej małej akcji. Jak się uda, zróbcie następną”. I to była najlepsza rada, jaką dostaliśmy. Jeśli szczyt wydaje się nam nie do zdobycia, szybko zaczniemy dostrzegać własne ograniczenia. Więc jak ktoś pyta, czy daleka droga przed nami, odpowiadam, że nie wiem. Jeśli będę patrzył tylko na horyzont, w życiu do niego nie dojdę. Muszę pokonać jeden krawężnik, drugi, może tam się zatrzymam, a może ktoś mnie zmieni? Takie myślenie ułatwia pracę. I pozwala cieszyć się z tego, co już udało się zrobić.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn