Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Mnożymy i działamy

O tym, skąd się wziął milion złotych na koncie fundacji, dlaczego warto dbać o przejrzystość finansową i jak znaleźć pieniądze dla księgowej, opowiada Bartłomiej Włodkowski, prezes Fundacji AVE

Rozmawiała: Ola Rzążewska

Skąd bierzesz pieniądze na działalność fundacji?
Głównym źródłem są programy grantowe prowadzone przez instytucje publiczne (samorządy i ministerstwa) oraz organizacje pozarządowe działające np. przy korporacjach. Co jakiś czas ogłaszają one konkursy na działania w różnych obszarach tematycznych. Należy wtedy złożyć wniosek, który trafia do ekspertów. To oni decydują, czy dostaniemy na coś pieniądze, czy nie.

Piszecie wniosek, czyli konkretnie co?
Wniosek to rodzaj podania, w którym opisujemy nasz pomysł i wyjaśniamy, dlaczego chcemy coś zrobić, dla kogo i ile pieniędzy na to potrzebujemy.

Dostajecie też pieniądze z 1 procenta podatku?
Tak, co roku wspiera nas w ten sposób około 800 osób i dzięki nim na nasze konto trafia od 40 do 70 tys. zł. A trzecie źródło finansowania, z którego korzystamy, to darowizny. Pochodzą od firm albo osób prywatnych, które przekazują datki na naszą działalność statutową. Możemy więc wydać te pieniądze tylko na takie cele, jakie zapisaliśmy w statucie fundacji. Wolno nam również pobierać niewielkie opłaty od uczestników projektów i dzięki tym pieniądzom organizować kolejne wydarzenia. Nasz Białołęcki Uniwersytet Dzieci, który jest ogromnym hitem i cieszy się wielkim zainteresowaniem, finansujemy z trzech źródeł. Po pierwsze z dotacji, którą dostajemy od urzędu miasta, po drugie z pieniędzy pozyskanych w ramach 1 procenta, a po trzecie część kosztów pokrywają rodzice naszych dwustu studentów, wnosząc opłaty semestralne. Nie są to duże kwoty – w tej chwili to ok. 60 zł za cały semestr nauki, czyli blok 25 różnorodnych zajęć, często wyjazdowych.

Jednym z filarów finansowych fundacji są pieniądze z 1 procenta. Od kiedy jesteście organizacją pożytku publicznego i macie prawo się o nie ubiegać?
Od 2007 r. Jest to dla nas szczególne źródło finansowania, ponieważ w pewnym sensie pozwala zweryfikować, czy to, co robimy, jest dla ludzi ważne. Choć oczywiście jest też tak, że bardzo dużo osób przekazuje 1 procent na leczenie konkretnego dziecka, dla którego jakaś fundacja prowadzi subkonto. Gdy podatnik ma do wyboru wsparcie inicjatyw kulturalnych – koncertów, warsztatów czy festiwalu, a z drugiej strony – wsparcie operacji dziecka, które jest śmiertelnie chore i ta operacja może mu uratować życie, to oczywiście przekazuje pieniądze na tę pilniejszą – jego zdaniem – potrzebę.

Skąd o tym wiesz?
Bardzo często ktoś telefonuje i mówi: „Przepraszam, że w tym roku nie przekażę wam pieniędzy, to co robicie jest potrzebne i fajne, wspieram was całym sercem, ale koleżanka z pracy prosiła, żebym przekazał 1 procent na rzecz dziecka jej znajomego”. A tymczasem ten mechanizm miał służyć organizacjom pozarządowym, by miały z czego pokrywać swoje koszty administracyjne. Bo trzeba sobie powiedzieć, że działalność każdej organizacji generuje koszty – trzeba zapłacić księgowej, zapłacić za utrzymanie strony internetowej, za telefon, prąd i wynajem biura. Nie są to być może najważniejsze wydatki i wcale nie są duże, ale nie moglibyśmy prowadzić uniwersytetu dla dzieci, organizować kilku festiwali i spływów kajakowych, gdybyśmy co miesiąc nie opłacili rachunków. Gdybyśmy mówili, że potrzebujemy 500 zł na księgową, to ludzie nie daliby nam ani grosika. Ale jeśli potrzebujemy pieniędzy na obóz wakacyjny dla dzieciaków, to chętnie wyjmują z portfela złotówkę czy dwa złote i wspierają to przedsięwzięcie.

Jakie konkretnie sumy zbieracie z 1 procenta?
W tym roku było to 40 tys. zł, w ubiegłym 57 tys. zł, a dwa lata temu 71 tys. zł. Od pojedynczych podatników trafiają do nas nieduże kwoty – 20 zł, 30 zł, czasem 5 zł. Najniższy 1 procent to było 60 gr., a najwyższy – 18 tys. zł. Ale z tych drobnych kwot zbiera się całkiem pokaźna suma. I jest ona dla nas niezwykle istotna, ponieważ ubiegając się o dotację w konkursach grantowych prawie zawsze trzeba wykazać, że ma się też „wkład własny”.

To takie pieniądze, które organizacja ma już na koncie i może dołożyć do projektu?
Dokładnie tak! Jeśli wyceniamy, że projekt będzie kosztował 10 tys. zł, to bardzo często donator życzy sobie, żeby 10 proc. wartości tego projektu organizacja sfinansowała z własnych środków. Nie mielibyśmy tego tysiąca, gdyby nie 1 procent. Można więc powiedzieć, że pomnażamy 1 procent. Za 1000 zł moglibyśmy zorganizować krótki wyjazd dla dwojga dzieci, ale jeśli dzięki temu tysiącowi wykazanemu jako wkład własny zdobędziemy kolejne 9 tys. zł, to możemy zabrać na wakacje kilkanaście osób.

Kim są ludzie, którzy w swoim zeznaniu podatkowym zaznaczają, że właśnie do Was ma trafić 1 procent ich podatku?
To osoby, które zetknęły się z naszą działalnością. Najwięcej wpływów pochodzi z terenu, gdzie mamy siedzibę i gdzie realizujemy te najbardziej lokalne projekty, a więc z warszawskiej Białołęki, Targówka i Pragi Północ. Sprawdziliśmy, że w przypadku naszej fundacji duże kampanie reklamowe, drukowanie setek plakatów, ulotek, kupowanie ogłoszeń w prasie czy bilbordów nie działa. Sprawdza się natomiast opowiadanie potencjalnym darczyńcom o tym, co robimy.

Pokazujecie ludziom swoje raporty finansowe?
Publikujemy je na naszej stronie, ale to dokumenty dość skomplikowane, więc oprócz nich udostępniamy też wersje krótsze i prostsze. Opisujemy w nich nasze najważniejsze projekty, informujemy, ile osób z nich skorzystało i ile pieniędzy na nie przeznaczyliśmy. Pokazujemy też, ile pieniędzy zebraliśmy z 1 procenta i w jaki sposób je pomnożyliśmy. Wydajemy również kalendarz ze zdjęciami zrobionymi podczas naszych działań. Raport i kalendarz możemy rozdawać bezpłatnie, bo przygotowują je zaprzyjaźnione z nami drukarnie w ramach sponsoringu. Nie traktujemy tego jednak jako reklamy, nie chodzi tylko o powiedzenie: „Pomóż nam, jesteśmy tego warci”. Są to działania ważne edukacyjnie – ludzie dzięki temu zaczynają nam ufać. Raport drukujemy w nakładzie 40-60 tys. egzemplarzy i dostarczamy go do sklepów, rozdajemy przy stacjach metra, jest też wkładką do lokalnej gazety i dzięki temu dociera do wielu osób. Nawet jeżeli nie wszyscy, którzy się z nim zetkną, przekażą nam 1 procent podatku, to w ich pamięci pozostaje nasza nazwa i wiedza o tym, co robimy.

Oferujecie też potencjalnym darczyńcom pomoc w wypełnieniu zeznania podatkowego.
Oczywiście nasza pomoc jest bezpłatna. Można nam przekazać dokumenty mejlowo albo fundacyjni wolontariusze odbierają je osobiście. Nasza księgowa robi dla każdej osoby rozliczenie podatkowe, a w zamian za to podatnik przekazuje nam 1 procent swojego podatku. Z takiej pomocy korzysta około 70-80 osób rocznie.

Jakiś czas temu ujawniłeś, że wasz roczny budżet to w tej chwili milion złotych. Taka okrągła suma budzi wielkie emocje. Czy ta szczerość miała konsekwencje?
Budżet na tym poziomie mamy już od kilku lat. Oczywiście w pierwszej chwili myśli się: „Boże, ile to pieniędzy!”, ale kiedy przełoży się tę kwotę na liczbę projektów (a rocznie realizujemy ich około 20-25) i liczbę osób biorących w nich udział (a mamy ok. 10-13 tys. uczestników), to wyjdzie nam, że jedną osobę biorącą udział w naszych projektach wsparliśmy kwotą między 50 a 100 zł. Nie jest to zbyt wygórowana stawka. Bo rzecz nie w pieniądzach, ale w tym, co się robi dla innych i w tym, by robić to po prostu uczciwie i sensownie.

Na portalu www.ngo.pl, gdzie można znaleźć najwięcej informacji o polskich stowarzyszeniach i fundacjach, ukazał się o Was artykuł pt. „Milionerzy z Tarchomina”. Czy ten tytuł nie zniechęcił Cię do otwartego mówienia o finansach?
W pierwszej chwili bardzo się zezłościłem, bo taki tytuł tworzy pole do przypuszczeń, że najważniejsze są dla nas pieniądze, że jesteśmy bardzo zamożni i w związku z tym możemy sprostać wielu potrzebom. W tekście oczywiście nie było nic nieprawdziwego, nie było w nim żadnej sensacji. Nie mam problemu z tym, by mówić, ile pieniędzy pozyskujemy, choć wiem również, że wiele organizacji pozarządowych, także tych bardzo dużych i mających zasięg ogólnopolski i znacznie większe budżety niż nasze, bardzo broni się przed epatowaniem wysokością kwot, jakimi obracają. Twierdzą, że to zniechęca potencjalnych darczyńców, bo Polacy słysząc, że ktoś ma duży budżet roczny, uważają, że nie potrzebuje już wsparcia.

Co o tym myślisz?
Być może marketingowo mają rację, natomiast ja wychodzę z założenia, że organizacje pozarządowe działające w sferze pożytku publicznego, a więc zajmujące się kulturą, edukacją, zdrowiem, pomocą społeczną, powinny być transparentne. Jeśli wprowadzimy tu jakąkolwiek niejawność, to zszargamy najistotniejsze dla nas wartości. Dlatego nie mam problemu, by mówić o pieniądzach w AVE. Decydując się na prowadzenie fundacji, bardzo świadomie przyjąłem, że to jest pewien standard, który musi tu obowiązywać, bo ta przejrzystość ma też wymiar etyczny.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn