Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Galeria w środku miasta

O biegowej wycieczce, podczas której ogląda się murale, wyobraźni artystycznej, trambusach i mieszaniu farby opowiada Justyna Bienias z Fundacji Urban Forms

Rozmawiała: Ola Rzążewska

Zacznijmy od tego, z czego jesteście najbardziej znani. Czym jest Galeria Urban Forms?
W tej chwili to 43 wielkoformatowe malowidła, z których pierwsze powstały w 2010 r. Są umieszczone na ścianach budynków. Fundacja koordynuje i organizuje cały projekt. Ostatnio zgłosiło się do nas czterech artystów z Ukrainy (KicKit), którzy znają naszą działalność z internetu, a że akurat byli w Polsce, wysłali nam swoje portfolio i poprosili o pomoc, bo bardzo chcieli stworzyć pracę w Łodzi. Taka spontaniczna sytuacja.

I jak to się skończyło? Malują coś w tej chwili?
Tak, na ul. Pogonowskiego 35, przy Szkole Podstawowej nr 26. Będzie to nasza 44. ściana, ale na pewno będzie ich więcej, być może nawet w tym roku, ponieważ cały czas kontaktują się z nami artyści z całego świata, proszą o pomoc i my – jeśli tylko się da – pomagamy. Dysponujemy farbami, możemy zagwarantować nocleg i odpowiednią dla danego artysty ścianę.

Który z tych 43 murali jest Pani ulubionym?
Trudno powiedzieć. Zaczynałam pracę w fundacji w 2012 r., gdy powstawał mural malowany przez Os Gemeos i Aryza, więc jestem z tą ścianą związana emocjonalnie. To świetna rzecz stworzona przez genialny team, najbardziej znaną grupę streetartową na świecie – Os Gemeos, czyli braci bliźniaków z Brazylii, i młodego artystę Aryza z Hiszpanii. Wspólnie namalowali parę w miłosnym uścisku i choć tworzyli w zupełnie różnych stylach, całość wspaniale się łączy. Artyści pracowali w tym samym czasie i obok siebie, mieli dwa podnośniki. Os Gemeos skończyli dwa razy szybciej niż Aryz, który dopieszczał szczegóły pracy. Aryz nie tworzył konturu na ścianie, tylko zaczynał od nanoszenia koloru – oczywiście na podstawie projektu. Wiedział, dokąd zmierza, ale najpierw pojawiła się barwna plama. On używa farb akrylowych i pędzli, a chłopaki z Os Gemeos zaczynają od szkicu, tworzą m.in. przy pomocy szablonów i sprejów. Aryz i Os Gemeos pracują zupełnie inaczej, dlatego też ta ściana jest jeszcze bardziej interesująca – nie tylko ze względu na samo dzieło, ale również ze względu na mieszanie technik i sam styl tworzenia.

Widzę, że mogłaby Pani mówić o niej bez końca?
Tak, to idealna ściana, by stać pod nią i rozmawiać o streetarcie. Niestety nie wygląda już tak, jak na zdjęciach, które można zobaczyć w internecie. Kiedy tynk zaczął odpadać, ekipa techniczna otynkowała połowę twarzy kobiety – praca została zniszczona, ale postanowiliśmy jej nie odnawiać. Być może zaprosimy kiedyś artystów, którzy stworzą na niej coś innego.

Czy jeszcze któryś z Waszych murali budzi w Pani tak wiele emocji?
Fascynuje mnie praca, którą w 2014 r. na dwóch wieżowcach przy ul. Morcinka stworzyło pięciu artystów – Proembrion, Cekas, Chazme, Sepe i Tone. Jest to praca abstrakcyjna, jej niesamowitość – pomijając kwestie techniczne i estetykę wykonania – polega na tym, że tych pięciu artystów, którzy reprezentują zupełnie różne style, umiało się dogadać. Każdy z nich jest inny – jeden tworzy sztukę przedstawiającą, inny zajmuje się abstrakcją, jeszcze inny umieszcza w pracach elementy architektoniczne. Mimo to byli oni w stanie to wszystko genialnie połączyć.

Mówiła mi też Pani, że lubi murale, które mają drugie dno…
Przykładem jest instalacja, którą na ul. Kilińskiego zrobił portugalski artysta Bordalo II. To nie jest zwykłe malowidło – do ściany zostały przyczepione plastikowe elementy powycinane z wielkich kontenerów na śmieci, fragmenty zderzaków samochodowych i wewnętrzna otulina z samochodów. Z rzeczy, które już nikomu nie są potrzebne, artysta stworzył wielkiego jerzyka. Apus apus to ptak, który prawie całe swoje życie lata, żywi się w locie, śpi w locie, ląduje podczas okresu lęgowego. Niestety od lat 90., gdy zaczęliśmy ocieplać nasze domy, jerzyki straciły mnóstwo miejsc lęgowych i ich populacja znacznie spada. Bordalo, po tym jak poznał ich historię, postanowił stworzyć instalację przedstawiającą siedzącego na szczycie dachu jerzyka. Podoba mi się to, że w każdej pracy Bordalo pojawia się zwierzę, które jest w niezwykle trudnej sytuacji. U nas jest to jerzyk, gdzie indziej piesek preriowy albo panda czerwona. Bordalo dodatkowo udowadnia, że ze śmieci, których ilość przyrasta lawinowo, można jeszcze coś zrobić i za ich pomocą zwrócić uwagę na ważny problem.

Oprowadza Pani szlakiem murali wycieczki. Ciekawa jestem, jak reagują dzieci.
Dorosłym oczywiście podoba się sztuka przedstawiająca – patrzymy i widzimy panią z kogutem czy statek, a dzieci uwielbiają abstrakcję, lubią puszczać wodze fantazji. Bardzo mnie to cieszy, bo jak dzieci zaczynają się nakręcać, to dorośli też się otwierają, uwalniają swoje myślenie od sztywnych schematów.

Domyślam się, że swoją działalnością chcecie m.in. zachęcać do pewnego dialogu ze sztuką?
Ostatnio byłam na wycieczce z tzw. trudną młodzieżą z ośrodka opiekuńczego, wiedziałam, że każdy z uczestników jest pod nadzorem kuratora. Opowiadałam, że wielu tych artystów, którzy są teraz wielkimi gwiazdami streetartu, zaczynało od graffiti. Mieli zatargi z prawem, problemy emocjonalne, byli uzależnieni od alkoholu i narkotyków, ale znaleźli swoją drogę. Nie chcę powiedzieć, że dzięki sztuce pokonali nałóg, ale to dało im kopa, żeby wyjść z tego bagna, w którym tkwili. Rozmowa z tą grupą była naprawdę genialna – nie twierdzę, że zmieni ich życie, ale dostali jasny sygnał, że mogą mieć wpływ na to, jak ono będzie wyglądać w przyszłości.

Robicie też niestandardowe wycieczki – można biegać wymyślonym przez Was szlakiem albo przejechać się wzdłuż niego trambusem.
Ponieważ mamy sporo ścian poza centrum, zrozumieliśmy, że trzeba umożliwić zwiedzającym łatwe przemieszczanie się między nimi. Trambus, który jest po prostu „wydmuszką” z tramwaju na podwoziu z ciężarówki, okazał się idealny. Trasa biegowa liczy ok. 20 km, robimy też wycieczki rowerowe. Nie chcę, żeby to zabrzmiało wyniośle, ale mam wrażenie, że dzięki działalności fundacji, część ludzi ma co robić w niedziele.

Dajecie pewien pomysł na spędzanie wolnego czasu. To jest bardzo fajne.
Czasem pojawia się wiele pytań, toczą się tak fajne rozmowy, że nikt nie chce ich przerywać i wycieczka bardzo się przeciąga. Pod jedną ścianą staliśmy kiedyś godzinę i dyskutowaliśmy o tym, czym jest sztuka współczesna, czym jest sztuka w przestrzeni miejskiej, czym streetart, czym grafficiarstwo, a czym muralizm.

Kto przychodzi na takie wycieczki?
Pojawiają się 6-latki z rodzicami, młodzież, ludzie w wieku od 25 do 50 lat i sporo osób 70+. Wielu z nich dowiaduje się o nas ze strony internetowej i z Facebooka.

Ilu macie fanów na Facebooku?
42 tys., więc to bardzo duża społeczność i jesteśmy z tego dumni. Dla nas to jest trochę jak poklepanie po plecach i zapewnienie, że robimy ciekawe rzeczy.

Czym się jeszcze zajmujecie?
Prowadzimy warsztaty związane ze streetartem, na których robimy np. malowidła na torbach w technice szablonowej, dużo rozmawiamy z ludźmi, prowadzimy wykłady, mamy w zespole etnologów, filozofów, historyków sztuki, tworzymy więc też raporty i badania m.in. na temat odbioru sztuki ulicznej.

A jak Pani trafiła do fundacji?
W 2012 r. leżałam na kanapie, wiedziałam, że nigdzie nie pojadę na wakacje i strasznie mi się nudziło. Zaczęłam szukać jakiegoś wolontariatu – wyskoczyło mi ogłoszenie o wolontariacie związanym ze sztuką ulicy i stwierdziłam, że fajnie byłoby spróbować. Przyszłam, przyjęto mnie z otwartymi ramionami i zaczęłam od roznoszenia plakatów. Potem był pierwszy projekt, przy którym pracowałam samodzielnie. I tak zmieniłam swoje życie.

Co dziś mogliby robić w fundacji wolontariusze?
Większość osób, które się u nas pojawiają, chce pracować z artystami, wchodzić na rusztowanie, podnośnik i malować. Ale to nie zawsze jest możliwe, bo artyści najczęściej chcą tworzyć sami. Potrzebują jednak kogoś do rozrobienia farby albo kogoś, kto pójdzie do sklepu po odpowiedni sprej. Zawsze potrzebujemy też wolontariuszy do zaprojektowania, rozniesienia i rozwieszenia plakatów, a także do tego, by coś gdzieś zawieźć czy przywieźć. Ale zdarzają się też prace kreatywne – w tym roku przyjechała do nas Mei Yan (pseudonim Messy Desk), artystka z Hong Kongu, i malowała wieżowiec. Potrzebowaliśmy wtedy wolontariuszy, którzy byliby w stanie pomóc i wypełniać kolorem namalowane przez nią kontury.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn