Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Fundacja, która daje nadzieję

O rozmowach z nastolatkami, wolontariuszach i oddawaniu włosów na peruki dla kobiet chorych na raka opowiadają Joanna Łojko i Marta Szklarczuk z Fundacji Rak’n’Roll

Rozmawiała: Ola Rzążewska

Co na co dzień robi Wasza fundacja?
Marta Szklarczuk: Od samego początku naszego istnienia łamiemy schematy myślenia o chorobach nowotworowych.
Joanna Łojko: Staramy się promować nasze projekty, używając czasem dosyć mocnych słów, by przebić się przez szum komunikacyjny. We wrześniu 2015 r. ruszył program kompleksowej pomocy kobietom w ciąży chorym na raka. Nazywa się „Boskie Matki”. Do tej pory było tak, że gdy kobieta w ciąży, u której wykryto nowotwór, pytała swojego ginekologa: „Panie doktorze, co ja mam zrobić?”, słyszała: „Usuwamy ciążę, żeby leczyć panią”. A tak nie musi być!

Jak to się stało, że zaczęliście dostrzegać potrzebę działań w tym obszarze?
Joanna:
To się wiąże wprost z historią powstania fundacji. Jej założycielka, Magda Prokopowicz, miała 27 lat, gdy zaczęła chorować na raka. Zaszła w ciążę, choć zdawało się, że podczas przyjmowania środków wywołujących menopauzę będzie to fizycznie niemożliwe. Postanowiła urodzić, choć polscy lekarze, a także eksperci z zagranicy byli temu przeciwni. Trafiła wreszcie do doktora Giermka, który przeprowadził ją przez ciążę, a po urodzeniu Leosia postanowiła, że musi zacząć walczyć z tym systemem, bo jeśli ona mogła znaleźć lekarza, to chciałaby pomóc innym kobietom w podobnej sytuacji. Natomiast z upływem lat okazało się, że jest więcej obszarów, w których możemy działać, że są inne sprawy, o których chcemy głośno mówić, przełamując pewne bariery i stereotypy.

Dziś znakomicie rozpoznawalna jest Wasza akcja „Daj włos”. O co w niej chodzi?
Marta: Można obciąć włosy i przekazać je nam, a my użyjemy ich do produkcji peruk dla kobiet chorych onkologicznie. W szkołach podstawowych ta inicjatywa jest wspierana przez nauczycieli albo rodziców i często bywa tak, że grupa dziewczynek obcina włosy w maju, zaraz po komunii. Natomiast licealiści i gimnazjaliści robią to niezależnie od pory roku. Zainteresowane akcją dziewczyny nagłaśniają ją w swoim środowisku i zapraszają chętnych do przyłączenia się. Do tej pory włosy oddało ponad 13 tys. osób i powstało już 350 peruk. By wyprodukować jedną, potrzebne są włosy co najmniej pięciu, a czasem nawet dwunastu osób i dużo czasu – zrobienie peruki zajmuje około pół roku.

Nie zdawałam sobie sprawy, że ta akcja jest tak popularna!
Marta: Bardzo się z tego cieszymy – przerosła ona na pewno i nasze oczekiwania, i oczekiwania Magdy Prokopowicz, która ją wymyśliła.
Joanna: Akcja trwa od czterech lat, ale w ostatnie wakacje bardzo zainteresowały się nią media. Wszystkie większe stacje telewizyjne robiły z nami wywiady na ten temat. W efekcie w 2015 r. włosy oddało 7 tys. osób.
Marta: To efekt kuli śnieżnej. Im więcej mediów o tym mówi, im więcej salonów do nas dołącza, tym więcej osób bierze udział w akcji i tym bardziej się to nakręca. W tym roku bardzo dużo blogerek urodowych pisało o naszej akcji – wrzucały do sieci historie osób, które oddały włosy.

A gdyby ktoś chciał oddać swoje włosy, to co ma zrobić?
Marta: Wystarczy wejść na naszą stronę – tam w zakładce „chcę pomóc” jest instrukcja dotycząca obcinania włosów. Trzeba pamiętać, że muszą być umyte bez odżywki i bardzo dokładnie wysuszone, bo wilgotne nie będą się nadawały do zrobienia z nich peruki. Można obciąć je samodzielnie albo u swojego fryzjera. Można też kliknąć w listę salonów, które z nami współpracują – w tej chwili jest ich w całej Polsce ponad 300 – pójść do jednego z nich, obciąć włosy, a salon już dopełni reszty formalności. Należy tylko pamiętać o podpisaniu oświadczenia, że zgadzamy się przekazać nieodpłatnie włosy na rzecz fundacji.

Jakie są motywacje tych młodych ludzi, którzy oddają włosy? Czy macie z nimi jakiś kontakt?
Marta: Dwa dni temu byłam na spotkaniu z młodzieżą w szkole i po nim zostaliśmy w mniejszym gronie z osobami, które bardzo chciały coś zrobić, jakoś się włączyć w nasze działania. Każda z nich miała swoją wewnętrzną motywację i była nią choroba w rodzinie. To jest budujące i fajne, że zamiast się odsuwać od tematu, uciekać przed nim, młodzi ludzie postanowili przekuć tę traumę w coś pozytywnego i chcą teraz pomóc innym, którzy są w trudnej sytuacji.
Joanna: Pamiętam też historię 11-latki, która długo zapuszczała włosy i nie mogła się doczekać, aż będą miały odpowiednią długość, by mogła je ściąć i nam przekazać. Poszła wreszcie do fryzjera, który niestety ocenił, że nie mają jeszcze wymaganych 25 cm, tylko 22 cm. Była zrozpaczona, bo jej babcia przeszła przez chorobę, więc bardzo chciała komuś innemu pomóc.

Czy młodzi ludzie inaczej niż ich rodzice i dziadkowie postrzegają chorobę?
Marta:
W tym roku w szkołach ponadgimnazjalnych prowadzimy działania edukacyjne związane z kontaktem z osobą chorą onkologicznie, ale też z profilaktyką nowotworową. Zależy nam na tym, by to nie był monolog, tylko rozmowa. Młodzi ludzie dopytują, jak zadbać o siebie, o swoich bliskich. To dla nich trudny temat, ale szczęśliwie coraz więcej wiedzą. Sama chorowałam jako 13-latka i najbardziej traumatyczne było to, że dla moich rówieśników i dla mnie słowo „rak” oznaczało wyrok śmierci. To był koniec i nie było już żadnej dyskusji.

Od tego czasu coś się zmieniło?
Marta: Myślę, że są świadomi, że to choroba cywilizacyjna i wiedzą, co robić, by się ustrzec przed niektórymi typami nowotworów. Słyszeli, że dziewczyny od okresu dojrzewania powinny chodzić na badania piersi, robić cytologię, a chłopcy muszą dbać o swoje jądra, choć o tym, że nowotwory jąder występują u coraz młodszych mężczyzn, nawet u nastolatków, nie mówi się często. Nie są przerażeni słowem „rak”, ono nie jest już tak traumatyczne jak było choćby kilkanaście lat temu. Dla starszego pokolenia to jest temat, który mrozi krew w żyłach i wzbudza lęk.

Czy macie młodych wolontariuszy, którzy wspierają działania fundacji?
Marta: Mamy, w większości są to jednak studenci albo osoby pracujące, ale zdarzają się też – szczególnie w okresie wakacyjnym – licealiści. Niektórzy wykonują coś dla nas zdalnie, ale nieustająco potrzebujemy pomocy przy wpisywaniu włosów do bazy, ewidencjonowaniu, przygotowywaniu podziękowań i ich wysyłaniu. Nawet przy rzeczach tak prostych, jak adresowanie kopert. Na bardziej odważnych, którzy przechodzą wcześniej superwizję z naszym psychoonkologiem, czeka grupa fajterów rak’n’rollowych. Oni zakładają biblioteczki na oddziałach onkologicznych i rozmawiają z ludźmi chorymi. Przyznam, że to trudna praca i trzeba być do niej odpowiednio przygotowanym. Na pewno nikt z nas nie zgodzi się na to, by młody człowiek, prosto z ulicy, brał udział w takiej akcji. Ale jeśli ktoś byłby bardzo zdeterminowany, to na pewno mógłby dołączyć.

Pewnie tak trudna praca musi dawać mnóstwo satysfakcji. Jak to jest w Waszym przypadku?
Joanna:
Ja mam poczucie, że przyczyniam się do jakiejś ważnej zmiany. Przepychamy wciąż dalej i dalej granice wiedzy i świadomości ludzi w sprawach chorób nowotworowych.
Marta: Praca tutaj daje mi możliwość spłacenia długu, który zaciągnęłam kiedyś w życiu. Mimo że chorowałam jako bardzo młoda osoba, to przez wiele lat żałowałam, że system indywidualnej nauki jest w Polsce bardzo słaby. Może gdyby był trochę lepszy, poszłabym na medycynę i dziś była lekarzem? A tak, kiedy byłam chora, narobiłam sobie zaległości z przedmiotów ścisłych i już nigdy tego nie nadgoniłam. Ale w fundacji mogę robić dużo dobrego, nie będąc lekarzem. Czasem mam nawet takie poczucie, że mogę zrobić dużo więcej, niż lekarze. Bo oni często widzą pacjenta tylko jako numerek w ewidencji, a my – mam wrażenie – naszą codzienną pracą możemy dawać nadzieję i pokazywać, że nawet z najbardziej beznadziejnych sytuacji jest zawsze jakieś wyjście. Oczywiście nie wszyscy przeżyją i wygrają z nowotworem, ale przecież chodzi też o jakość życia i wykorzystanie jak najlepiej czasu, który pozostał.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn