Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Damy radę

O neurotycznym Hasanie, od którego wszystko się zaczęło, domach tymczasowych i niezawodnych przyjaciołach opowiada Olga Kowalska z Fundacji Amstaff Azyl

Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Pierwszy był ten, który tak szybko biega na trzech łapach?
Tak. Hasan uwielbia też pozować do zdjęć, dlatego często się na nich pojawia razem ze mną. Pięć lat temu wypatrzyłam go na Facebooku. Klinika weterynaryjna szukała kogoś, kto go przygarnie, a ja akurat próbowałam odzyskać radość życia, którą straciłam, pracując bez umiaru. Postanowiłam, że adoptuję takiego psa, który bardzo tego potrzebuje, a nikt inny go nie wybierze. W Polsce teriery typu bull czyli amstaffy, bulteriery i pitbulle nie cieszą się dobrą opinią. A ten dodatkowo miał niesprawną łapę. Pomyślałam: „To wyzwanie dla mnie!”. I ja, zielona jak pietruszka, wzięłam psa po przejściach, który nie radzi sobie ze stresem, jest lękowy, wręcz neurotyczny. Przez pierwsze pół roku wył i skomlał przez sen, każdej nocy budził mnie po kilka razy. Włożyłam bardzo dużo pracy w to, by zapomniał o tym, co przeżył.

Znasz jego wcześniejsze losy?
Wiem, że był w schronisku na Paluchu, został adoptowany, a potem przekazany przez nowych właścicieli kolejnym, którzy go wyrzucili. Mieszkał na działkach, dokarmiali go bezdomni. To oni uratowali mu życie. Do tej pory, jak widzi kogoś, kto pcha wózek ze złomem, cieszy się jak szalony. A chleb to jego największy przysmak. Z działek trafił do podwarszawskiej kliniki weterynaryjnej, a potem już do mnie. Tak zaczęła się przygoda, która nauczyła mnie bardzo dużo pokory. Dzięki Hasanowi zrozumiałam, że jak się pomaga, trzeba to robić z głową, a nie pod wpływem emocji.

Dzięki niemu poznałaś też wolontariuszy, którzy przyjeżdżają do schroniska na Paluchu, żeby karmić i wyprowadzać psy na spacer.
Takich ludzi nigdy wcześniej nie spotkałam! Po prostu wsiąkłam w to środowisko. I nagle się zorientowałam, że moje wcześniejsze życie, praca i wszystkie aspiracje stały się tylko dodatkiem do tego, co robię po godzinach.

Temat bezdomnych zwierząt budzi ogromne emocje.
I te emocje często biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Oczywiście empatia jest bardzo ważna, ale do adopcji trzeba podchodzić racjonalnie. Musimy mieć pewność, że ktoś, kto przygarnia psa, poradzi sobie z nim i nie dopuści do sytuacji, w której ucierpi to czy inne zwierzę albo jakiś człowiek. Nie chcemy też, by adoptowane psy po kilku dniach czy tygodniach wracały do fundacji, choć czasem tak się zdarza.

Co więc trzeba zrobić, żeby za pośrednictwem Fundacji Amstaff Azyl adoptować psa?
Trzeba się wykazać dużą odpowiedzialnością, a nie tylko dobrymi chęciami. Można do nas wysłać mejla albo zadzwonić. Na pytanie: „Czy przywieziecie do mnie pieska?”, odpowiemy: „Nie, ponieważ w ogóle się nie znamy”. Skonstruowaliśmy za to specjalną ankietę – to 50 pytań, które dotyczą m.in. tego, czy ktoś miał już psa i czy cała rodzina zgadza się na adopcję. Śmiejemy się, że jak ktoś przejdzie ankietę, potem ma już z górki. Zapraszamy taką osobę do domu, w którym tymczasowo mieszka wybrany przez nią pies. Jeśli nawiążą dobrą relację, co ocenia nasz wolontariusz, drugie spotkanie odbywa się – oczywiście pod okiem innego wolontariusza – w domu, do którego zwierzak ma trafić. Opinie wolontariuszy zostają skonfrontowane, jeśli wszystko jest w porządku, finalizujemy adopcję. A jeśli są jakieś wątpliwości, przedłużamy cały proces albo pies czeka na kogoś innego.

Często się nie udaje?
Tak. Ale głównie dlatego, że fajni ludzie chcą przygarnąć psa, który jest bardzo trudny, a oni nie mają doświadczenia. Wtedy, zamiast odsyłać ich z kwitkiem, staramy się ich przekonać do innego, bardziej odpowiedniego dla nich zwierzaka, często polecamy psy ze schroniska, które znamy.

A w jaki sposób psy trafiają do Waszej fundacji?
Wszyscy zaczynaliśmy jako wolontariusze w schronisku na Paluchu i nadal tam jeździmy, żeby spacerować z psami. Jeśli wypatrzymy takiego, któremu możemy pomóc, zgłaszamy się do dyrekcji, podpisujemy umowę i przejmujemy nad nim opiekę. Zabieramy go do domu tymczasowego i fundujemy leczenie u specjalistów. A potem zaczynamy szukać nowych opiekunów, umieszczając ogłoszenia w internecie. Zależy nam na tym, żeby w schronisku nie było ani jednego psa rasy TTB. Teraz jest ich tam około 50, a dwa lata temu było ponad 100.

A skąd bierzecie pieniądze na wizyty u weterynarzy, lekarstwa i jedzenie dla psów?
Pieniądze przekazują nam darczyńcy, głównie są to osoby prywatne. Na Facebooku informujemy, że w fundacji pojawił się nowy pies i potrzebujemy konkretnej kwoty na jego leczenie.

Działacie od dawna, ale fundacja powstała dopiero rok temu?
Tak i stało się to dzięki prezesce Fundacji Mikropsy, która powiedziała: „Ja wam pomogę, będziecie przez jakiś czas oddziałem mojej fundacji, a jak wam się spodoba, założycie swoją i pójdziecie dalej”. Ona oczywiście wiedziała, że pójdziemy dalej. Dlatego nauczyła nas wszystkiego o prowadzeniu organizacji, o zbiórkach publicznych, rozliczeniach i fakturach. Nie rzuciła nas na głęboką wodę, tylko mądrze pomogła nam się usamodzielnić. Choć i tak ten pierwszy rok był dla nas naprawdę trudny. Teraz już okrzepliśmy, wszystko sobie poukładaliśmy, wypracowaliśmy schematy działania. I, co dla nas najważniejsze, dostajemy informacje zwrotne, że adopcje, które przeprowadzamy, są naprawdę udane. Na tym nam najbardziej zależy, bo nie chcemy, żeby psy wracały do fundacji. One potrzebują ludzi z pasją, stanowczych, mądrych i konsekwentnych. Takich im znajdujemy.

Ile adopcji się udało?
Około 20. Mamy pięć domów tymczasowych, w których psy czekają na nowych właścicieli. To niedużo, ale dzięki temu wszyscy dobrze się znamy, ufamy sobie, wiemy jaką kto ma wiedzę i doświadczenie, z jakim psem da sobie radę. Ale jesteśmy już gotowi, żeby poszerzyć grono współpracowników i myślę, że wkrótce zrobimy duży krok naprzód. W tym pierwszym roku naszej działalności skupiliśmy się na starych psach, które do domów tymczasowych trafiały na zawsze. Leczyliśmy je, karmiliśmy, dbaliśmy o nie, daliśmy im godną emeryturę, bo nie chcieliśmy patrzeć na to, jak odchodzą w schronisku same. One zwykle są niekłopotliwe i spokojne, tylko sobie grzecznie leżą. Taki był Lord, Kortez czy jest Ringo, który w schronisku spędził 10 lat.

Jak o tym opowiadasz, mam wrażenie, że poświęcasz na to cały swój czas.
To praca 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Ta pasja tak głęboko wżarła się w moje życie, że stała się moim życiem po prostu.

Ale przecież wszyscy jesteście wolontariuszami, więc musicie też gdzieś zarabiać na czynsz czy na jedzenie. Jak pogodzić jedno z drugim?
Wcześniej, kiedy pracowałam w agencji PR, bywało, że musiałam długo zostawać w biurze, żeby ze wszystkim zdążyć. Każdą przerwę wykorzystywałam na dzwonienie czy pisanie mejli, a jak było trzeba np. szybko pojechać z psem do weterynarza, brałam dzień wolny. Teraz prowadzę własną firmę, jestem redaktorką, więc jak mam zlecenie, to siedzę w domu i piszę. Prócz tego przez trzy albo cztery dni w tygodniu po 12 godzin pracuję w hoteliku dla zwierząt. Nie jest łatwo.

Jesteś też wiceprezeską organizacji.
Zawsze mówię, że przede wszystkim jestem wolontariuszką. Ale oczywiście jako członkini zarządu podejmuję różne decyzje i ponoszę za nie odpowiedzialność. Dodatkowo zajmuję się sprawami organizacyjnymi, odpowiadam za kontakty z mediami, redaguję informacje o psach i umieszczam je w sieci.

Dużo się nauczyłaś jako wolontariuszka?
O tak! Wolontariat ma to do siebie, że zaczynasz jako idealista, a potem stajesz się racjonalistą. Na początku energia aż cię roznosi. Chcesz coś robić, cokolwiek, nie zawsze mądrze, byle tylko nie stać w miejscu. Z czasem pojawiają się pierwsze negatywne doświadczenia i one są bardzo cenne, bo uczą ostrożności i radzenia sobie z emocjami, które czasem są tak ogromne, że przesłaniają prawdziwy obraz sytuacji. Ja nauczyłam się przede wszystkim odpowiedzialności. I – co najważniejsze – zdobyłam fantastycznych przyjaciół. Nigdy nie byłam specjalnie towarzyska, a nagle okazało się, że mam tylu ludzi wokół siebie i naprawdę mogę na nich polegać, bo są niezawodni. Wiem, że jak o pierwszej w nocy do kogoś z nich zadzwonię i powiem, że właśnie znalazłam psa na ulicy, to usłyszę: „Damy radę. Nie martw się, zaraz coś wymyślimy”. Są takie dni, że wszyscy snujemy się nieprzytomni ze zmęczenia i codzienność nas przytłacza. Te osobiste relacje są tym, co napędza do działania.

A dlaczego się tym w ogóle zajmujesz?
Jak masz pięć psów, to raczej nie jeździsz na wakacje. Ale kiedy wracasz zmęczona do domu, a wszystko tego dnia poszło nie tak i w ogóle jest bardzo źle, to siadasz i nagle okrążają cię one – jeden przybiega na trzech łapach, drugi ledwo idzie, trzecia, jakby mogła, to by cię z radości przeskoczyła. Patrzą na ciebie i swoim wzrokiem mówią: „Kochamy cię, dobrze, że jesteś!”. Wtedy znajdujesz w sobie siłę, a cały stres błyskawicznie odchodzi.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn