Podziel się Wykop Zaćwierkaj

Biorę to na klatę

Na warsztatach uczą się, jak zarządzać domowym budżetem, jak sobie radzić ze złością, jak rozmawiać z urzędnikami. Zarabiają, piekąc pierniki, chodzą do teatru i coraz rzadziej mówią „to nie moja wina”. Dzięki Wehikułom Usamodzielnienia młodzi ludzie z domów dziecka i rodzin zastępczych przekonują się, że mają wpływ na swoje życie

Tekst: Anna Błaszkiewicz

Dziś wolontariusze wcielili się w urzędników, a Robinsonowie i Robinsonki biegali od pokoju do pokoju, składając u nich odpowiednio wypełnione wnioski. Starali się o przyznanie pieniędzy na kontynuowanie nauki albo o mieszkanie socjalne czy komunalne. Tak się zaangażowali, że nie mogliśmy tego przerwać – opowiada Jarosław Banasiak, konsultant warszawskiego Wehikułu Usamodzielnienia. A Barbara Nowacka, która razem z nim prowadzi Wehikuł, dodaje, że lada dzień większość tych dzieciaków będzie musiała właśnie z takim zadaniem zmierzyć się w rzeczywistości, więc ten trening to strzał w dziesiątkę. Kim są podopieczni Jarka i Basi? To młodzi ludzie z domów dziecka, rodzin zastępczych i rodzinnych domów dziecka, którzy biorą udział w programie usamodzielnienia prowadzonym przez Fundację Robinson Crusoe. – W tej chwili działa osiem Wehikułów w siedmiu miastach – dwa są w Szczecinie, po jednym w Warszawie, Sieradzu, Łodzi, Wrocławiu, Żorach i Zawierciu – wymienia Anna Walas, koordynatorka programu. Najmłodsi Robinsonowie mają po 16 lat, najstarsi 24 lata. Spotykają się raz na dwa tygodnie przez cały rok szkolny, wyjeżdżają na obozy letnie i zimowe, wspierają się nawzajem. – Udział w Wehikule staje się elementem ich tożsamości, są „Robinsonami” i „Robinsonkami” – mówi Jarek. I przypomina wyniki badań dotyczące mieszkań chronionych, w których młodzi ludzie przygotowują się do startu w dorosłość. – Zapytaliśmy, co jest najtrudniejsze, kiedy się trafia do takiego lokalu. Myśleliśmy, że brak pieniędzy czy fajnego wyposażenia, albo że mieszkania są za ciasne, źle położone. Okazało się, że najtrudniejsza jest cisza. I pustka. I to poczucie, że są sami. W placówce przecież zawsze byli w grupie. Opowiadali, że włączali w nocy radio albo puszczali wodę do wanny, żeby jakoś tę ciszę oswoić – mówi Jarek. Dlatego na spotkaniach omawiają nie tylko tematy związane z domową ekonomią czy korzystaniem ze służby zdrowia, ale dużo rozmawiają o emocjach, o tym, jak je rozumieć i jak sobie z nimi radzić. Bo wszystkie, nawet te nieprzyjemne i trudne, jak złość, smutek czy strach, czemuś służą

To nie moja wina
Ulubioną metodą pracy Basi i Jarka są gry symulacyjne, które często sami obmyślają. Skąd biorą pomysły? – Z życia – śmieje się Basia, która trzy miesiące temu przeszła na emeryturę, a wcześniej przez wiele lat pracowała w domu dziecka i nadal jest opiekunem usamodzielnienia dla wielu młodych ludzi. – Na przykład kiedy ciągle słyszysz: „To nie moja wina, że się spóźniłem, budzik nie zadzwonił” albo: „To nie moja wina, że tego nie zrobiłam, nie miałam kiedy”, w końcu dochodzisz do wniosku, że trzeba się tym zająć – mówi. To ona podsunęła pomysł na warsztaty, w czasie których hasło: „To nie moja wina” zmieniło się w: „Biorę to na klatę” dzięki napisanej przez Jarka grze, podczas której Robinsonowie i Robinsonki podejmowali decyzje, poznawali ich konsekwencje i musieli się z nimi mierzyć. A przy okazji dowiadywali się, jak ważne jest zachowanie równowagi między tym, co trzeba robić z uwagi na podjęte zobowiązania, a dbaniem o siebie, odpoczynkiem, czerpaniem przyjemności z życia. – Każde nasze warsztaty to logiczna, przemyślana sekwencja. Jest jeden temat, a kolejne moduły z siebie wynikają. Ale jest też czas na zabawę i wygłupy – mówi Jarek. – Fajne zajęcia mieliśmy np. na Politechnice Warszawskiej! Byli na nich studenci z całego świata – z Meksyku, Indii, Pakistanu, Niemiec. I jakoś się wszyscy dogadaliśmy. Odgrywaliśmy scenki, była pantomima i wspólne gotowanie – wspomina Basia.

Dobrodzielni
Co innego zdobyć wiedzę teoretyczną na jakiś temat, a co innego doświadczyć czegoś na własnej skórze. Dlatego np. zajęcia dotyczące szukania pracy to nie tylko banalne wykłady. – Uczestnicy zajęć, po przeszkoleniu i napisaniu swoich CV, brali udział w rozmowach rekrutacyjnych prowadzonych przez specjalistów z pracuj.pl – opowiada Jarek. A Anna Walas dodaje, że część ich podopiecznych już została zatrudniona w przedsiębiorstwie społecznym, które założyła Fundacja Samodzielni Robinsonowie działająca wspólnie z Fundacją Robinson Crusoe. Co tam robią? Wypiekają pierniki dobrodzielne. Jedna połówka takiego piernika jest jasna, łagodna w smaku, słodka, a druga – ciemna i ostra. Łatwo takie ciastko przełamać i dać komuś kawałek. Robinsonowie i Robinsonki wszystko robią sami – zagniatają ciasto, wykrawają pierniki, układają je na blachach, pilnują, żeby się nie przypaliły. Potem, gdy ostygną, pakują je w eleganckie pudełka. Jednego dnia mogą wyprodukować 600-700 pierników. Fundacja sprzedaje ciastka firmom, które dają je w prezencie klientom czy współpracownikom. W miesiącu są dwa robocze weekendy, wszyscy pracują na umowy, dostają rachunki i wynagrodzenie. – To dla nich pierwsze, bezpieczne doświadczenie związane z pracą. Co nie oznacza, że nie ma wyzwań i trudności po drodze. Chodzi jednak o to, by poprzeczka była tak zawieszona, żeby dali radę ją przeskoczyć, żeby zobaczyli, na czym polega wzięcie na siebie odpowiedzialności, podział obowiązków, jakie są konsekwencje, gdy ktoś się spóźni – mówi Anna Walas. Pod hasłem „pomóż innym, a my pomożemy tobie” fundacja zachęca też Robinsonów i Robinsonki do angażowania się w działania społeczne. Jeśli chcą dostać coś, co pomoże im się dalej rozwijać, choćby kurs prawa jazdy, komputer czy narzędzia fryzjerskie, podpisują kontrakt, w którym zobowiązują się, że przepracują określoną liczbę godzin jako wolontariusze np. w świetlicy, domu opieki czy schronisku dla zwierząt. Wtedy, czasem po raz pierwszy w życiu, świadomie stają się osobami, które pomagają, a nie otrzymują pomoc. – To ich uwrażliwia na potrzeby innych i daje poczucie własnej sprawczości. Widzą, że mają wpływ na to, co się z nimi dzieje, że to od nich samych dużo zależy – mówi Anna Walas.

Bez fajerwerków
Basia i Jarek są zatrudnieni przez Fundację Robinson Crusoe jako konsultanci i pracują kilkanaście godzin miesięcznie. Ale to nie wynagrodzenie motywuje ich do działania. – My jesteśmy zapaleńcami, wariatami, pasjonatami. Ja np. uwielbiam chodzić z młodzieżą do teatru. Ostatnio wybrałam się z naszą grupą na „Zaginioną partyturę”. Było poważnie i trudno, ale ponad połowa z nich została do samego końca, choć w czasie przerwy powiedziałam, że nie muszą, jeśli nie chcą – opowiada Basia. Jak trafiła do Wehikułu? – Pracowałam w domu dziecka w Konstancinie, miałam różne pomysły, ale nie bardzo mogłam je tam realizować. Któregoś dnia pani dyrektor powiedziała: „A, zadzwonili do mnie z takiej fundacji, może ty sobie coś z nimi porobisz”. Od razu wzięłam telefon i porozmawiałam z prezesem. No i już jedenasty rok trwa ta nasza współpraca – opowiada Barbara. A Jarek, podobnie jak Ania Walas, zaczynał w Fundacji Robinson Crusoe jako wolontariusz, jeszcze na studiach. Ania razem z grupą znajomych trafiła na pierwszy wakacyjny obóz dla młodzieży i wsiąkła. Jarek miał roczną przerwę – był na wymianie studenckiej w Lizbonie, potem zamieszkał w Krakowie i tam prowadził Wehikuł. Po powrocie do Warszawy przez trzy lata pracował z młodzieżą w Nowym Dworze Mazowieckim, później przez dwa lata w biurze fundacji, a od półtora roku razem z Basią działa w Warszawie. – Jesteśmy przeciwnikami jednorazowych akcji charytatywnych, takich fajerwerków, chcemy budować coś trwałego. Ludzie otwierają się stopniowo, my obserwujemy ich rozwój. Bywają wzloty i upadki, ale nikogo nie skreślamy. Ta praca daje niesamowitą energię. Widzę głęboki sens w tym, że wspólnie pomagamy innym ludziom odnaleźć się w życiu, stanąć na własnych nogach. Kiedy ktoś wychodzi na prostą, spełnia swoje marzenia, w tobie pojawia się myśl, że gdzieś tam dołożyłeś do tego swoją cegiełkę – mówi Jarek. A Basia dodaje, że to też wielkie wyzwanie. Bo kiedy jest ten moment, żeby się całkiem wycofać? I jak sobie radzić ze swoimi emocjami?

***
Po Jarku odziedziczyłam telefon służbowy, ale nie wszyscy jeszcze wiedzą, że on ma nowy numer. No i dzwoni do mnie chłopak, Robinson, którego nie znam. „O, to nie Jarek” – mówi. Więc się przedstawiam. Prosi, żebym mu powiedziała, jak ma dojechać w konkretne miejsce, bo się zgubił. Mnie trochę zamurowało, ale otworzyłam mapę, wyjaśniłam co i jak. Pomyślałam, że na jego miejscu zadzwoniłabym do rodziców. On nie może. I do kogo dzwoni? Do Jarka albo Basi. Oni dają takie wsparcie, że są pierwszymi osobami, które przychodzą na myśl, gdy potrzebna jest pomoc – puentuje Ania Walas.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn