Podziel się Wykop Zaćwierkaj

890 tysięcy rozmów

O tym, jak łatwo pomylić samodzielność z samotnością, o przerwanych połączeniach i unikaniu utartych ścieżek opowiada Lucyna Kicińska z Fundacji Dzieci Niczyje, koordynatorka bezpłatnego Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111

Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Kiedy pierwszy raz zadzwonił ten telefon?
6 listopada 2008 r. w południe, czyli dokładnie w momencie, w którym rozpoczął się pierwszy dyżur. W tym samym czasie trwała oficjalna uroczystość, na której opowiadaliśmy o tej inicjatywie dziennikarzom, ministrom, prezesom firm telekomunikacyjnych. Dzieciaki swoimi kanałami dowiedziały się wcześniej.

Od 7 lat dzwoni cały czas?
Tak, odebraliśmy już ponad 890 tys. połączeń. Wcześniej nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo jest potrzebny, ale po pierwszym dniu rozmów stało się dla nas jasne, że dwa stanowiska konsultanckie to za mało. Stopniowo uruchamialiśmy kolejne i wydłużaliśmy godziny dyżurów. Teraz czekamy na telefony od godz. 12 do 22 przez 7 dni w tygodniu. Równocześnie pracuje zawsze 7 lub 8 konsultantów, a nadal niektórzy dzwoniący słyszą, że wszystkie linie są zajęte.

W innych państwach też są takie telefony?
Tak, działają teraz w 21 krajach, zostały uruchomione zgodnie z decyzją Komisji Europejskiej i jest dla nich zarezerwowany bezpłatny numer 116 111. W większości państw, tak jak u nas, ta linia jest obsługiwana przez organizacje pozarządowe.

Uruchomiliście też stronę www.116111.pl i można poprosić Was o pomoc on-line.
Tak, w ten sposób skontaktowało się z nami już ponad 30 tys. młodych ludzi. Pytanie wysyła się anonimowo, a odpowiedź może przeczytać tylko ta osoba, która je zadała. Często prowadzi to do wymiany kilku czy nawet kilkunastu wiadomości między nami. Zresztą tym, którzy dzwonią, też jedna rozmowa nie zawsze wystarcza.

Dlaczego młodzi ludzie dzwonią do Was zamiast porozmawiać z rodzicami?
Na początku postawiliśmy hipotezę, że są w okresie buntu, burzy i naporu, więc z zasady odrzucają taką możliwość. Szybko okazało się, że nie o to chodzi, ponieważ nastolatki nic nie mówią o swoich problemach także rówieśnikom. Na co dzień noszą maski. Stoją sobie razem, ładnie się do siebie uśmiechają, a każdy ma swój problem i całkiem sam się z nim boryka. Na zewnątrz wszystko jest super, same sukcesy, szczęście i radość.

A to tylko fasada.
Zauważyliśmy, że młodzi ludzie nie do końca rozumieją, czym jest samodzielność i bardzo często mylą ją z samotnością. Presja na bycie kimś „bezproblemowym” jest ogromna. Słyszą ciągle, że muszą pójść do dobrej szkoły, dobrze się uczyć, dostać się na dobre studia i znaleźć dobrą pracę. W mediach też widzą ludzi, którzy wiodą bajkowe życie, a jeśli mają jakiś problem, zwykle łatwo go rozwiązują. Dzieciaki mają więc często poczucie, że jak ujawnią swoje zmartwienia, zostaną odrzucone, uznane za gorsze. Nie potrafią też nazywać własnych emocji i odczytywać emocji drugiej osoby. To widać szczególnie w momencie, kiedy najważniejsza staje się dla nich grupa rówieśnicza i zaczynają mieć silną potrzebę tworzenia relacji, a nie potrafią tego robić.

Rodzice często myślą: „Jakby moje dziecko miało problem, to by przyszło do mnie, a nie wydzwaniało do telefonu zaufania”.
Kiedy pytam dorosłych, czy powiedzieli synowi lub córce, że mogą się do nich w każdej sprawie zwrócić, słyszę: „Nie, bo to przecież oczywiste!”. A nam dzieciaki często mówią, że nie chcą rozmawiać z rodzicami, bo oni zbagatelizują ich słowa. Boją się też, że dołożą tacie czy mamie zmartwień. A czasem dodają: „Trochę nie wiem, czy im w ogóle na mnie zależy”.

Jednocześnie wiedzą, że potrzebują wsparcia, by pokonać trudności.
Paradoksalnie, codzienne mierzenie się z jakimś problemem bywa łatwiejsze niż wyeliminowanie go. Kiedy od dawna gra muzyka do walca, to ja już wiem, jak tańczyć, nawet jeśli nie chcę tego robić. Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy i jakoś to idzie. Chcę potańczyć coś innego, ale boję się, że nie będę umieć. I w momencie, gdy nikt mnie nie trzyma za rękę, a zmienia się muzyka, nie wiem, co robić. Po to są rodzice, opiekunowie, przyjaciele, starsze rodzeństwo, babcia i dziadek, by mówić: „Jestem tu!” i by trzymać za rękę.

W jakim momencie młodzi ludzie zwykle do Was dzwonią?
Często już w chwili, gdy zauważą, że coś jest nie w porządku. Proszą: „Niech mi pani powie, czy to jest problem”. My na takie pytanie nie odpowiemy, ale w czasie rozmowy z nami można dojść do swoich wniosków. Nigdy nie dajemy gotowych rozwiązań, wspólnie ich szukamy. Wiemy, że nie warto chodzić utartymi ścieżkami. U nas młody człowiek jest traktowany po partnersku – pokazujemy, że każdy może mieć swoje potrzeby, emocje i pomysły, jak sobie poradzić w konkretnej sytuacji. Nie przejmujemy kontroli, ale staramy się zadbać, by wypracowane rozwiązanie było dla naszego rozmówcy uchwytne i bezpieczne, a do tego skuteczne.

Z każdym problemem można do Was zadzwonić?
Z każdym. Co nie znaczy, że my na wszystko mamy receptę. Zwykle jest tak, że to osoba, która się do nas zwraca, musi podjąć jakieś działanie, albo – jeśli się zgodzi – to my je podejmujemy. Niektóre pomysły są nierealne, np.: „Fajnie by było, jakby pani do nas przyjechała” albo: „Zwolnijcie dyrektora szkoły”. Czasem ktoś nam mówi, że to pani pedagog dała mu numer do nas i powiedziała: „Oni ci tam pomogą”. A nasze wsparcie prowadzi przecież do zbudowania gotowości naszego rozmówcy, by zwrócił się do kogoś ze środowiska lokalnego, a więc np. właśnie do pani pedagog.

Podejmujecie też interwencje?
Tak, w dwóch sytuacjach. Po pierwsze, kiedy jest bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia osoby, która się z nami kontaktuje. Wtedy działamy w sposób ustandaryzowany, na mocy porozumienia z Komendą Główną Policji. My przekazujemy informację o zagrożeniu, oni ustalają, gdzie się osoba dzwoniąca znajduje, jadą na miejsce, czasem od razu wzywają pogotowie, w zależności od tego, co się dzieje. To kryzysowe sytuacje, najczęściej związane z próbami samobójczymi i zażywaniem środków psychoaktywnych. Ale interweniujemy też wtedy, kiedy słuszne i adekwatne rozwiązanie jest dla dziecka niedostępne, np. nie może ono samo złożyć jakiegoś wniosku w sądzie albo z jakiegoś powodu trudno mu działać, np. nie chce ujawnić dyrekcji szkoły, że jest w niej problem przemocy, bo zostanie nazwane „kablem”. Łącznie interweniowaliśmy już ponad 530 razy.

Czy teraz młodzi ludzie mają inne problemy niż 7 czy 6 lat temu?
Kiedy analizujemy łącznie i rozmowy telefoniczne, i kontakty on-line, nie widzimy dużych zmian. Najczęściej zwracają się do nas w związku z problemami w relacjach z najbliższymi i rówieśnikami, pytają o seksualność i dojrzewanie, o zmiany zachodzące w ciele, o antykoncepcję, inicjację seksualną, a także związane z nią trudne i często niebezpieczne sytuacje. Sporo rozmów dotyczy przemocy, mniej – uzależnień czy szkoły. Piątą najczęstszą kategorią tematyczną w rozmowach jest zdrowie psychiczne i psychospołeczne. To taki rodzaj rozmów, podczas których dzieciaki nie są w stanie opowiedzieć o konkretnym problemie, bo są silnie osadzone w emocjach, mówią o myślach samobójczych, depresji, samookaleczeniach, zaburzeniach odżywiania. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę tylko kontakty on-line, ten ostatni temat jest teraz na pierwszym miejscu. Kontaktów dotyczących zdrowia psychicznego jest z każdym rokiem coraz więcej. Albo ten problem się pogłębia, albo młodzi ludzie mają większą gotowość, by prosić o pomoc. Wiemy zresztą, że polecają nas sobie np. na forach internetowych.

Kto odbiera telefony?
Psycholodzy, pedagodzy, terapeuci, pracownicy socjalni. Większość to wolontariusze i stażyści, którzy przeszli przez gęste sito rekrutacyjne i specjalistyczne szkolenia trwające ponad 140 godzin. Zespół liczy ok. 70 osób i jest bardzo młody. Mamy trzy dyżury dziennie, trwają od godz. 12 do 15, od 15 do 18 i od 18 do 22. Na każdym pracuje zawsze 7-8 konsultantów i opiekun, czyli ktoś, kto czuwa nad tym naszym call center. Zawsze spotykamy się przed dyżurem i po nim, żeby się wygadać, podzielić emocjami, by potem o jakiejś rozmowie nie myśleć przez pół nocy, kiedy np. zdarzy się tak, że połączenie z dzieckiem się urwie. Często nie wiemy, dlaczego tak się stało. Czy ten ktoś się rozłączył, bo rozmowa zrobiła się dla niego za trudna, bo za bardzo dotknęliśmy sedna jego problemu i nie wytrzymał napięcia? A może tylko wyładowała mu się bateria w telefonie?

Dlaczego właściwie ktoś chce za darmo wykonywać tak trudną i męczącą pracę?
Część zespołu to osoby, które kończą lub skończyły właśnie studia i zaczynają sobie uświadamiać, że mają dużą wiedzę, a niewiele umiejętności. Na naszym stażu nie parzy się kawy i nie kseruje dokumentów, ale przechodzi mnóstwo szkoleń i zdobywa doświadczenie. Ale ważna jest też chęć zrobienia czegoś dobrego dla innych, bo ta praca daje poczucie sensu. Kiedy słyszymy: „Dziękuję, że tam pani jest”, to jest po prostu fajne. Po stażu trochę osób z nami zostaje jako wolontariusze, czasem odchodzą i po jakimś czasie wracają, bo im czegoś brakuje. A niektórzy wyruszają w świat, by pracować w szkołach i w poradniach. I to dla nas gwarancja, że tam gdzieś mamy już swojego człowieka.

na początek


Oral Amateure

Street Peeing

black porn